|
W OSTATNIM BASTIONIE CZERWONYCH KHMERÓW 18.X.2006 r. leciałem z Kuala Lumpur w Malezji do Siem Reap. Lot można podzielić na dwa etapy. Pierwszy z turkusowymi wodami Zatoki Tajlandzkiej i drugi, kiedy dziesięć kilometrów niżej błyszczące zwierciadło wody jedną linią ustępuje ciemnozielonemu monolitowi urozmaiconemu różnokształtnymi refleksami żył raz to ziemistych, innym razem krystalicznych rzek i potoków. Jest koniec pory deszczowej i Kambodża wygląda jak jedno wielkie, monstrualne bajoro. Z tej perspektywy budzi respekt i nawet odrobinę niepokoju. Drugi etap nie daje mi spokoju. Mając w pamięci topografię Kambodży wiedziałem, że leciałem nad rozległym kompleksem Gór Kardamonowych. Nie spodziewałem się jednak wcześniej, że wyglądają jak Amazonia. Urywki i relacje . Wklepywanie na klawiaturze Phnum Aural albo Oral nie zdaje się na wiele – “najwyższy szczyt w Kambodży – 1771 n.p.m.” Teraz na przemian Cardamon Mountains i Góry Kardamonowe we wszystkich przypadkach i odmianach. Zdecydowanie lepiej. “2000 r. – ambasada brytyjska finansuje pierwszą ekspedycję naukową w Góry Kardamonowe” Dlaczego tak późno? “G. Kardamonowe były ostatnim bastionem Czerwonych Khmerów. Ich obecność przez lata nie pozwalała na ingerencję człowieka. Tak wyglądała kiedyś cała Azja Pd-Wsch. Podczas ekspedycji 13 na 20 członków ekipy chorowało na malarię. Jeden zmarł. Odkryto multum nieznanych gatunków fauny i flory. Potwierdzono obecność krokodyla syjamskiego, od dawna uważanego za gatunek wymarły. Podejrzewa się, że na tym obszarze mógł przetrwać gatunek nosorożca sumatrzańskiego. Fauna and Flora International koordynuje projekt ochrony dziewiczych terenów przed zakusami kłusowników i kompanii drzewnych” Rochelle – to nazwisko. Kim był ten człowiek? “Francuski poszukiwacz przygód który próbował eksplorować te tereny”. Nie wiem jak potoczyły się jego losy. Mógł być jednym z kolonizatorskich awanturników pełniących rozmaite funkcje w zamorskich koloniach. Wpisuję Fauna and Flora International. Zdaje się, że jestem na dobrej drodze. Mają filię w Phnom Penh, skąd koordynują projekt utworzenia kolejnego rezerwatu pomiędzy dwoma istniejącymi: Moununt Samkos Wildlife Sanctuary i Mount Aural Sanctuary na wschodzie. “Miedzy pracownikami agencji rządowych i międzynarodowych, a kłusownikami dochodzi do starć”. Tyle urywki i relacje. Samozwańczy reporter - Hello Mister!! Moto?! – słyszę zaraz po wyjściu w hotelu. - Tak, moto. Wiesz gdzie to jest? - kiwa głową opatuloną w maskę od kurzu. Wiem, że nie wie. Ale ja tym bardziej. Jedziemy dwadzieścia minut bulwarem Sihanouka. Całe miasto jeździ skuterami. Nie ma komunikacji publicznej w naszym rozumieniu. Gdyby w jednym momencie zabrać z ulic wszystkie skutery miasto przypominałoby samo siebie z lat 1975-1979 za czasów reżimu Pol Pota. Błądzę wśród żwirowych uliczek bacznie obserwowany przez ulicznych sprzedawców smażonych bananów, ciastek, pieczonych kur na patyku i benzyny w szklanych butelkach po pepsi, tak jakbym tylko ja szedł ulicą, mimo że razem ze mną przemyka mrowie ludzi, rowerów i motorów. Ulice w Phnom Penh nie mają nazw. Są numerowane. Nikt mnie nie rozumie, nikt nie wie, gdzie jest taki numer. Każdy zna jedynie numery najbliższych ulic. Wreszcie jest - 398. W holu wiszą wielkoformatowe mapy, fotografie tygrysów, węży, niedźwiedzi, lampartów i dwa regulaminy. Jeden z pracowników ubrany w gustowny garnitur każe mi usiąść na sofie. Od razu przechodzę do sedna sprawy przedstawiając się samozwańczo jako reporter pracujący nad materiałem o Kambodży, co jest oczywistym kłamstwem. Po drugie, chcę pojechać w kompleks dżungli Gór Kardamonowych, a w żadnej dostępnej mi literaturze nie znalazłem przydatnych informacji. Po trzecie wreszcie, słyszałem że możecie mi pomóc, mówię (co też nie jest prawdą). Gdy skończyłem wywód zaległo dłuższe milczenie, zdradzające chwilowe zakłopotanie, przerywane ze strony przechodzących pracowników zwięzłym hello hi, hi, hello, hi, how are you?, hello, rutynowym kiwnięciem głowy i nieznacznym ściągnięciem ust, sugerującym uśmiech. - Moment, Sir – wyszedł do drugiego pomieszczenia - Mister, proszę zostawić wiadomość panu Andrew – podaje kartkę papieru. Tyle mogę dla Pana zrobić. On jest bossem, dodaje. Szanowny Panie Zwracam się do Pana z uprzejmą prośbą o pomoc w zorganizowaniu wyprawy w Góry Kardamonowe. Moim zamiarem jest wejście na Phnum Aural od osady Srae Kan 3 oraz zebranie materiałów na temat kompleksu dżungli Gór Kardamonowych dla polskich magazynów podróżniczych i naukowych. Dziękuję z góry Andrzej Muszyński Tu mój mail i numer telefonu Punkt trzynasta wchodzę do restauracji Java pomiędzy bulwarem Sihanouka a Mekongiem, gdzie jestem umówiony na spotkanie z jednym z pracowników FFI. Jest klimatyzowana, można odetchnąć od skwaru na zewnątrz. Lokal jest bez wątpienia przeznaczony dla zachodnich pracowników, dyplomatów i korespondentów. Wszyscy chyba są Amerykanami. Górna sala jest jeszcze bardziej dystyngowana i jeszcze bardziej kontrastująca z całą otaczającą azjatyckością. Zza baru błyska szkło z drogim whisky, przy stołach eleganckie panie palą papierosy trzymając je cały czas nieco nad głową wyprostowanymi palcami, ceremonialnie wypuszczając do góry dym. Roztacza się jakaś znana mi z filmów aura kolonialnej dekadencji. Trochę tu nie pasuje w bojówkach i torbą na ramieniu. - Witam Andrew, Matt Fox – podniósł się z sofy młody człowiek z przydługawymi blond włosami. - Miło mi. - Byłem tam dwa lata temu. Do tej pory zaglądało tam bardzo mało białych. Najważniejsza sprawa – musisz się tam dostać. - Tylko jak? Tu następuje długi wywód, zapełnienie dwóch rachunków rysunkami i schematami, paroma numerami telefonów, skreśleniem dwóch ostatnich i dopisaniem paru nowych. Bhun Tim – on Ci może pomóc - kończy dyskusję. Budzę się w nocy. Od kilku dni noc w noc Phnom Penh nawiedzają potężne burze. W Kambodży słowo burza ma nieco inne znaczenie i wymiar. Gdy jest burza pioruny rąbią jak armaty. Rąbią jest najtrafniejszym słowem. Nigdy wcześniej nie widziałem takiej burzy. Całe miasto jest oblężone i w skupieniu przeczekujące agresywny szturm. Całe miasto biernie oczekuje na koniec łupiących salw. Szturm odbywa się w nocy, odbywa się za czarną zasłoną wtedy kiedy łatwiej jest zaskoczyć przeciwnika. Rano ucicha, wycofuje się. Po wściekłym bombardowaniu zostają tylko ciepłe kałuże parujące w oka mgnieniu, po których przejeżdżają pierwsze motory i sprzedawcy haszyszu. Gdy agresor trafia w czułe punkty, w całym mieście siada elektryczność. Co jeśli t a k a burza dopadnie mnie na hamaku w dżungli? Tu zaczyna się Dziki Wschód Pędząc na pd – zach mocnym crossem mijamy ciężarówki załadowane ludźmi z wszędobylskimi maskami od kurzu, tabuny ludzi wytaczających się po obu stronach drogi z fabryk zachodnich koncernów na śniadaniową przerwę. Parkujemy motor pod uliczną jadłodajnią. - Co chcesz do jedzenia? – pyta Bun, mój kierowca polecony przez Matta z FFI, z którym spotkałem się w stolicy. -Dzięki, jadłem w Phnom Penh. Kawy bym się napił Bun zamawia zupę z kawałkami kurczaka i dużymi zielonymi liśćmi. Siedzę tyłem do telewizora i twarzą do wszystkich pochlipujących i patrzących się w skupieniu w blady wypukły ekran telewizora. Nawet gdy tłamszą twardszy kęs mięsa nie odrywają wzroku od widać popularnej audycji, marszcząc przy tym śniade czoła. Cała sala wybucha co chwilę salwą śmiechu. Za filarami wzbija się czerwony kurz z jezdni. Jasne światło oświetliło twarz Buna i w zasadzie teraz mam okazję dłużej mu się przyjrzeć i porozmawiać. Ma bardzo pogodną, chłopięcą i sympatyczną twarz. Mam odczucie, że jest bardzo dobrym i uczciwym człowiekiem. Najważniejsze jest odczucie. Nawet gdyby wszystkie obiektywne fakty, zachowania, czyny i niepodważalne przesłanki jednoznacznie i kumulatywnie wskazywały co innego niż odczucie, zawsze zawierzam odczuciu. Ma pomarańczowy podkoszulek i militarny, szary kubrak. Bieluteńkie zęby kontrastują ze śniadą cerą i kruczoczarnymi włosami. Dobrze się z nim się rozmawia. Kiedy nie muszę myśleć, co jeszcze powiedzieć albo o co zapytać znaczy, że mi się dobrze rozmawia. Jednomyślnie pomijamy etap rutynowych pytań skąd, dokąd, jak, po co i za ile . Pytam go tylko o wiek. Ma 28 lat. -Jak Cię znaleźli ludzie z FFI? -Już sam nie wiem jak to dokładnie było. Polecili mnie jako człowieka i kierowcę i tam trafiłem. -Długo dla nich pracujesz? -Pięć lat. Wcześniej jeździłem na motorze. Jak u nas się pojawili turyści wszyscy zaczęli jeździć. Można więcej zarobić niż na fabryce. Wtedy się zacząłem uczyć angielskiego. -Pracowałeś na fabryce? -Parę lat. Najpierw robiłem w restauracji. Po 12 godzin 7 dni w tygodniu. 30 dolarów na rękę na miesiąc. Na fabryce 50. -A teraz ile wyciągasz? -Różnie. Bywa że 150 bywa że 250. A tu syna się spodziewam niedługo. Będzie więcej wydatków. - Pol Pota pamiętasz? - Nie, za mały byłem. Ojciec mi opowiadał. Najlepszy czas dla Kambodży był w latach 80. Od początku lat 90 zaczęło się robić źle. Korupcja jest wszędzie. I jeszcze ci Wietnamczycy. Przyjeżdżają tu całymi gromadami i zabierają miejsca pracy. A rząd jest uległy tamtejszej władzy i nie reagują. Gaworzymy jeszcze chwile o tym i o owym. - Bun, zbieramy się powoli? -Tak, najwyższy czas. Długa droga przed nami. Andrew... – łapie mnie za rękaw. Wiesz, mnie jest bardzo głupio , bo się wczoraj umówiliśmy że wezmę 10 dolarów, ale żona mi w domu awanturę zrobiła, że za cały dzień tak mało wziąłem. Mogło by być 15? -Nie ma sprawy Bun – uśmiecham się. W Kompong Speu odbijamy na północ. Droga jest gruntowa, czerwona, pełna dołów i kamieni, kałuż i pyłu. Kompong Speu jest jedynym dystryktem nieopisanym w żadnym przewodniku turystycznym. Na horyzoncie pojawiają się wały Gór Kardamonowych, tych na które z zachwytem spoglądałem z góry. Są ciemnozielone, momentami granatowe. Co chwila mijają nas zdezelowane ciężarówki, załadowane po brzegi ludźmi, tworzących masę zbitych nóg, stóp, rąk, łokci, worków i układanki oczu spoglądających zza kraciastych czerwono-białych chust osłaniających usta i nos. Najpierw pojawia się kurz, chmura kurzu i pyłu. Następnie wyłania się masywna maska ciężarówki i cała kompania ludzi na pace. Wóz kołyszący się w głębokich dołach jezdni i wynurzający się zza ziemistych wałów wygląda jak czołg w natarciu. Ciemnoskórzy pasażerowie spoglądający surowo i groźnie zza czerwonych arafatek przypominają cały oddział bojowników wyruszających do walki. Zazwyczaj wszyscy siedzą. Czasem ktoś stoi na ciężarówce spoglądając badawczo i uważnie daleko w horyzont. Wygląda wtedy jak dowódca. To pracownicy i handlarze – bardzo biedni ludzie. Wyglądają zupełnie inaczej niż w stolicy. Mają pociągłe, klasyczne, bardzo chude twarze i duże, czarne oczy. Ich skóra jest ciemniejsza. Nie uśmiechają się Z każdym kilometrem Kambodża jaką dotychczas znałem zmienia swoje oblicze. Jesteśmy w Kantourt, na centralnym, ziemistym placu. Zatrzymujemy się, żeby dolać benzyny. Pamiętam, to o tym miejscu mówił Matt z FFI – “gówniane miejsce, ludzie nie są mili, zawijaj się stamtąd jak najszybciej”. - Bun, czy tu się zaczyna ten Dziki Wschód? - Mniej więcej... Co ja tu robię? Srae Kan dzieli się na Srae Kan 1 2 i 3 (Srae Kan Muoy, Srae Kan Bti i Srae Kan Baj), oddalone od siebie o kilkanaście minut drogi motorem, może godzinę pieszo. Nie widziałem ich na żadnej mapie Kambodży. W Srae Kan 1 na dobre psuje się motor. Bun przekazuje mnie pod opiekę miejscowemu i tłumaczy mu, po co tu przyjechałem i czego oczekuje. To bardzo ważne. Teraz zostałem sam z rozmówkami angielsko-khmerskimi. Człowiek który mnie zabiera ma na imię Yai. Wygląda na obrotnego człowieka. Myślę sobie, kim mógłby być gdyby się urodził w Polsce? Ma rozpiętą koszulę, mocno owłosioną klatę co jest nietypowe dla Azjatów i przydługawe włosy z modnie zakręconym kosmykiem. Ma może z 40 lat. Pasowałby na sołtysa albo wiejskiego właściciela jedynego sklepiku, takiego, co tu załatwi, tam załatwi, tu ma tego znajomego, a tu tego. Nic nie rozumiem, co do mnie mówi. Ani słowa, ani jednego gestu. Nerwowo przerzucam kartki rozmówek. Jesteśmy w Srae Kan 2. To jego zagroda. Parę chat, trochę świń. Czy tu będę spał? Czy on pójdzie ze mną do dżungli? Chyba tak. Tak? Nie? Jedziemy do Srae Kan 3. Do naczelnika? Po co? W oka mgnieniu wokół mnie gromadzi się tłum ludzi. Najpierw schodzenie, odstawianie wiaderek, ścieśnianie się, kołysanie, ostatnie poprawianie niewygodnego ułożenia ramion i wreszcie wszyscy stają w ścisku nieruchomo. Jest ich bardzo dużo. Może pół wsi. Przyglądam się uważnie strudzonym, płomiennym twarzom. Moją przywarą, z którą od dawna bezskutecznie walczę jest bezczelne wpatrywanie się w ludzi, w których mam się ochotę wpatrywać. Nieraz przysparza to niezręczności moim towarzyszom. Tu nie jest to żadną przywarą. Bezczelna lustracja od dołu do góry jest jak najbardziej na miejscu. Najbardziej uwagę zwracają kobiety z dziećmi wczepionymi w ramiona i piersi. Wizyta kogokolwiek w tym miejscu jest wielkim wydarzeniem. Gdy zapada cisza, słychać tylko brzęk much i komarów. Jestem trochę spięty, nie wiem co ze sobą zrobić. Yai tłumaczy coś dwóm najbliżej. Jeden jest niski, z czarną czupryną na głowie i nabrzmiałymi żyłami na rękach. To pan Pat. Typowy raptus, wygląda na drobnego, wysuszonego pijaczynę. Drugi nieco tęższy, ze skośnymi, trochę indiańskimi, kocimi oczyma i twarzą pełną czerwonych plam i krost. Zaczyna krzyczeć i wymachiwać rękami. Wszyscy zaczynają krzyczeć i rozprawiać. Każdy chce dołożyć swoje zdanie. Chyba idzie o to ile pieniędzy ode mnie wezmą za prowadzenie w dżungli i na ile dni się zgodzą. Czy w ogóle się zgodzą? Więcej tu na razie pytań niż czegokolwiek innego. - Phnum Aural!! – wykrzykuje nagle ten niski z czupryną i jego twarz zalewa pogodny uśmiech. -Dogadaliśmy się. Poprowadzą mnie w Góry Kardamonowe. Mistrzowskie fotografie W Srae Kan każda chata wygląda niemal tak samo. Stoi na wysokich palach, na których opiera się platforma z desek będąca głównym centrum życiowym. Od deszczu chroni dach z bambusów i innych liści. Na platformie się siedzi, śpi, przygotowuje jedzenie, wyprawia w pole, biesiaduje, naprawia, umawia, choruje. Kilka metrów kwadratowych, na których człowiek ostentacyjnie rodzi się i umiera. Platformy nie są w żaden sposób odgrodzone od zewnątrz. Wszystko widać z drogi. Zresztą wszyscy się znają. Jak ktoś przechodzi zajrzy na chwile, albo chociaż oprze się o pal i pogada. Zaglądanie bez umawiania jest nieodłącznym elementem współżycia zdrowych społeczności lokalnych. Za chatami jest gęsto od sadów i potężnych, niemalże monstrualnych krzaków, kwiatów i ciemnozielonych liści. Srae Kan jest najbardziej zielonym miejscem jakie widziałem. Zieleń dominuje pod każdą postacią i odcieniem przechodząc płynnie w soczyste lasy Gór Kardamonowych. Poza tym jest sporo brązu. Brązowi są ludzie, szczególnie teraz gdy zachodzi słońce, duże brązowe oczy, brązowe woły z nienaturalnie długimi rogami i brązowe plecy wślizgujące się co chwilę w oświetlony las. Mieszkańcy Srae Kan przykuwają uwagę swoją klasyczną urodą, gęstymi czarnymi włosami i lśniącą oliwkową skórą. Naprzeciw w zagrodzie mieszka młoda dziewczyna. Obiecałem sobie, że jak wrócę z dżungli, od razu ją sfotografuję, najlepiej na tle ciemnozielonych gór. Teraz nie mam odwagi, za krótko tu jestem. W mojej osobistej klasyfikacji naczelne miejsce zajmują fotografie nie zrobione - albo z lenistwa i skrajnego wyczerpania, co zdarza się najczęściej, albo z kilku innych przyczyn. Są to zwykle fotografie najlepsze, nieraz mistrzowskie, idealne, zwalające z nóg. Tego zdjęcia nie wykonałem z racji nie pojawienia się namierzonego obiektu. Byłoby to fotografia perfekcyjna, wymarzona. W Kambodży nie wykonałem też jeszcze jednej wymarzonej fotografii, może nawet lepszej od tej w Srae Kan. Tamten kadr miał miejsce w Siem Reap, późnym wieczorem, gdy siedziałem w jednej licznych restauracji ścierając z czoła tropikalną wilgoć na ulicy upchanej tłumem turystów szukających rozrywki po wizycie w Angkor Wat. Naprzeciw mnie siedział otyły, biało-różowy Anglik, żłopiący kolejne z rzędu piwo. Jego rozmyta postura stercząca nad błyszczącym szkłem wypełniała mniej więcej dwie trzecie kadru z lewej strony. W pozostałej części, w tle, na której ustawiona była podręcznikowo ostrość, stała niska, khmerska postać opatulona w łachmany z dzieckiem uczepionym w ramiona. Postać nie miała ręki, a dziecko nogi po wybuchu miny, co schodzi na dalszy plan wobec jednego detalu – wzroku. Postać patrzy na mnie, jak nigdy jeszcze nikt na mnie nie patrzał. Wzrok na tej fotografii jest elementem decydującym o artyźmie dzieła, jego wyjątkowości i prawdziwości. Błyszczące oczy patrzą jakby chciały cos powiedzieć, ale nie ma sensu. Podobno biały! W Srae Kan zapalają się pierwsze świeczki i pochodnie. Gdy przychodzi wieczór we wszystkich chatach zapalają się pochodnie tworząc długą na całą wieś aleję, co wygląda nad wyraz fantastycznie, szczególnie kiedy w blasku ognia przemknie jakaś twarz z diabelsko czarnymi oczyma albo ktoś bez urwanej miną nogi. Przypomina to starożytną świątynię, w której ma się za chwilę odbyć ważna ceremonia religijna, ostatnie chwile przed głównym spektaklem, wypełnione ostatnimi przemknięciami skulonych postaci, ostatnimi poprawkami i nerwowym korygowaniem wcześniej przeoczonych niedociągnięć. Kiedy skończy się praca w polu, przygotowanie kolacji, mycie naczyń i ostatnie czynności wokół gospodarstw, można wyjść na wieś. Kim jest, ten co przyjechał? Skąd? Po co? Po co on tu przyjechał, tu, do Srae Kan? Kiedy? Na ile? Sam? Podobno biały! Mój palec w żółwim tempie przesuwa się w prawo po umorusanej już kartce wzdłuż niepojętych znaków i symboli wyprzedzając minimalnie światło z pochodni, trzymanej przez Pata. Żółtaczka? Nie! Cholera? Nie! Dur brzuszny? Nie! A może przeziębienie? Nie! – po raz kolejny Pat stanowczo, lapidarnie zaprzecza na moje wymęczone próby zrozumiałego wypowiedzenia khmeskiego słowa, podnosząc przy tym cwaniacko wargi. Koło nas leży pod kocem kobieta, pewnie z rodziny, choć nie potrafiłem znaleźć odpowiednich słówek w rozmówkach żeby się dogadać. Wygląda na konającą. Na co, do jasnej cholery, na co? -Kruuuccion? – próbuję po raz ostatni -Tak!! Tak!! Kruucion!!, ona choruje na malarię – z euforią pokrzykuje Pat, wywołując salwy radości, okrzyków i braw wśród opatulającego mnie tłumu ze wszystkich stron, spod platformy, z samej podłogi gdzie siedzi starszyzna, z bambusowego dachu i pali z zawieszonymi na nich ciekawskimi dzieciakami. A więc to malaria, rzecz powszednia, normalna, ot, przeziębienie, grypa, gorączka.. Nagle w chacie zapada cisza, dzieciaki zniżają głosy. Na środku nieruchomo sterczy nieruchomo ręka mężczyzny z indiańską twarzą, który przeraził mnie na samym początku. W dłoni trzyma duży, pojemny kubeł z jasną, przejrzystą cieczą. Wyciągam dłoń. To dla mnie. Co to? Woda z ryżu? Piłem ją w Malezji – ohydna. Bardzo powoli zbliżam kubeł do ust, wywołując u tubylców iskry w oczach i niepohamowane zaciekawienie. Wypije czy nie? No wypij! Pij, pij!! – zdają się perswadować. Jak nie wypiję, nie będą mnie szanować. Rozumiesz, to rytuał, ceremonialne powitanie gościa. Odrzucenie oferty oznacza brak szacunku dla gospodarzy, ba, dla wszystkich obecnych. Czy będę dziś jadł węże, szczury, pająki i słonie? Co mnie jeszcze czeka w tym niesamowitym dniu? Wychylam na raz pół kubka. To bimber. Od teraz jestem swój. Od teraz w Srae Kan jestem gościem ze specjalnym statusem. Biały pije bimber! I do tego mu smakuje. Terra (in)cognita Pierwsze doniesienia o eksploracji Gór Kardamonowych pochodzą z XIX w. od francuskich oficjeli protektoratu, zapuszczających się pod góry, aby sprawdzić dostępność przyprawy, od której wzięły nazwę góry i rozszerzyć francuską dominację. W 1919 r. Mężczyzna o nazwisku Richomme penetrował dziką głuszę poruszając się wierzchem z całym zastępem słoni niosących bagaże. Jego relacja zachowała się w Narodowych Archiwach: “Dżungla ta ma miano nieprzebytej. Do tej pory jedynie dwóch tubylców zapuściło się w jej ostępy. Jedyna możliwość żeby się tu przedrzeć to poruszać się za śladami słoni”. Ostatnia zarejestrowana w jakikolwiek sposób wyprawa miała miejsce w 1940 r. kiedy kompleks odwiedzili francuscy ornitologowie. Wkrótce obszar zostanie odcięty na kilka dekad. Pierwsze walki między Czerwonymi Khmerami a siłami rządowymi zaczęły się w latach 60. Na początek zamordowali 12 urzędników. Po 1979 r kiedy upadł reżim Pol Pota dżungla stała się dla nich naturalnym bastionem w którym przetrwali kolejne 20 lat. Na początku 90 lat pojawiły się pierwsze kompanie drzewne. Czerwoni partyzanci zwietrzyli interes. W 1993 r. król Sihanpuk z pomocą zagranicznych specjalistów na bazie zdjęć lotniczych tworzy dwa rezerwaty – Mount Samkos na zachodzie i Mount Aural na wschodzie. Do dziś są chronione jedynie na papierze. Nikt tego na miejscu nie koordynuje i kontroluje. Czasem pojawiają się pracownicy organizacji ekologicznych, czasem wyślą na zwiad “rangera”. Na dzień dzisiejszy jako rangersi pracuje 100 mężczyzn. Gdy ranger za bardzo miesza się w interes - strzelają. W Kambodży nie możesz po prostu stanąć i powiedzieć – tu zrobimy park narodowy. Sytuacja ekonomiczna na to nie pozwoli. Są plany żeby część miejscowych przekwalifikować na strażników-rangerów. Cóż z tego kiedy zarobki nie będą wysokie a za jednego tygrysa można wyciągnąć nawet 2000 dolarów. 2 000 dolarów w Kambodży! Wiesz ile to jest? Kto na to pójdzie? Na czarnym rynku małpa i papuga warte są 1000 $, woreczek żółciowy niedźwiedzia, używany do produkcji szamponów, afrodyzjaków i innych remediów – około 200 $. Populację tygrysów w Górach Kardamonowych ocenia się na 500 – 700 sztuk, z czego około 70 jest uśmiercanych rocznie. Podejmowane są próby ponownego zasiedlania obszaru tygrysami. Ludzie zajmujący się tym problemem boją się jeszcze jednego. Tygrysy nauczone kontaktu z człowiekiem stają się nierzadko ludojadami. Takie przypadki to poważny problem w Indiach. Potężny obszar (1 mln ha) przecinają już drogi którymi kompanie wywożą drewno. Są plany połączenia Pursatu i Koh Kong. Rząd nie kwapi się z reakcją. Po pierwsze sam czerpie profity z interesu, po drugie chodzi o tzw. nieoficjalne opłaty. Korupcja to ciągle bardzo duży problem w tym kraju. Zgubieni w dżungli Pat przedstawia mi swojego przyjaciela – Pan On ma z nami iść do dżungli. On niesie dużą maczetę i siekierę. Oboje mają na głowach kramę – lekką, czerwono-białą, kraciastą chustę, chroniącą od słońca. Gdy leżałem wieczorami w hamaku, próbowałem zliczyć sposoby wykorzystania kramy. Gdy założysz ją na twarz chroni od wszędobylskiego kurzu, może być też ręcznikiem, ścierką, spódnicą, obrusem i sznurkiem. Bez kramy nikt się nie rusza. Ostatniego dnia pniemy się do góry długim grzbietem. Po południu Pat daje do zrozumienia, że wieszamy hamaki. Jesteśmy na małej polance, w dole szumi głośno górski potok. Czemu tak wcześnie? Phnum Aural – dwie godziny! – mówi. Aha, rozumiem. Zostawimy bagaż i na lekko wyjdziemy na szczyt i z powrotem. W pośpiechu zapomniałem zaznaczyć ostatniego obozu na GPS-sie. Ostatni posiłek zjadłem o siódmej rano. Kończyła się też woda w manierce. Pat i On zgubili drogę. Dwoje ludzi, którzy najlepiej znają ten teren (nikt nie zna tych rejonów lepiej od Pata i Ona!) zgubili się i całkowicie stracili orientację w gąszczu dżungli. W dżungli zgubić się nie jest problemem.. Ostatnio głośno było o khmerskiej dziewczynie, która będąc dzieckiem zgubiła się dżungli i została odnaleziona przy wiosce po 19 latach! Ojciec poznał ją po bliźnie. Jest pół-zwierzęciem. Mówią, że ma oczy czerwone jak wilk. Naukowcy twierdzą, że raczej nie ma szans na ponowną adaptację wśród ludzi. Nie myślę już o niczym innym jak o jedzeniu i piciu. Zatrzymujemy się. Czekamy na Pata, który wybiega naprzód zbadać co przed nami. Bez rezultatu. Przedzieramy się przez liany i konary. Schodzimy długo w dół, gdy słońce wyraźnie zachodzi już za lasem. Jesteśmy przy ziemistym potoku. Jest jeszcze czas, żeby sklecić jakieś platformy nad ziemią, przefiltrować wodę i ugotować bambusy do jedzenia. Tak byłoby najrozsądniej, tak jak piszą w podręcznikach survivalu, tak jak radzili doświadczeni traperzy. - Zaraz hamaki! – krzyczy Pat i nerwowo pogania. Trudno. To oni tu się znają najlepiej. Resztkami sił wspinamy się stromym zboczem w zupełnej już ciemności, nie widząc po czym stąpam. W kompletnym amoku wspinamy się grząskim zboczu, wpadamy na konary, wleczemy się na czworakach, cali w błocie i pajęczynach. Cuchniemy. Sam nie wiem czy w dżungli prócz pijawek wsysających się nawet przez dziurki na sznurówki, przytłaczającej wilgotności i duchoty bardziej nie dokucza permanentne cuchnięcie, wzrastające z dnia na dzień i absolutna niemożliwość jego zwalczenia. Zatrzymujemy się na zboczu. Dopiero kiedy zapalają papierosa widzę ich twarze. Wpierw długo milczą. Później chyba się kłócą i klną. Z całymi twarzami w błocie wyglądają na wyczerpanych. Mnie jest już chyba wszystko jedno. - Jest bardzo niedobrze – patrzy na mnie wreszcie Pat, dodając od razu – noc tutaj, na ziemi. Nie mogę już z pragnienia odkleić warg. Nie ma nic do jedzenia, wszystko zostało w obozie. Układamy na ziemi liście. Teraz trzeba zapalić ognisko. Jak nie będzie ognia zamarznę na kość. Jestem cały mokry, a w Górach Kardamonowych noce są bardzo zimne. Rozpalamy ogień piętnaście minut, pół godziny – bez rezultatu. Czy mam świeczkę w plecaku? Jeśli nie mam, nie rozpalimy – wszystko jest mokre. Nie pomaga nawet rozłupywanie drewna na bardziej suche kawałki. Mam! Układam się równolegle do stoku jak najbliżej ognia, jak najdalej od otaczającej gęstwiny. Wokół wszystko jest grząskie, mokre, oślizgłe. Zaczyna się nocny koncert – szelesty, trzaskania, otarcia, świsty i hukania, raz bliżej, raz nieco dalej, raz cicho, zaraz agresywnie tuż za nami, wyczuwalne skradanie się po nodze pijawek i zanikająca powoli świadomość. Nie mogę przestać myśleć o fakcie, że żyje tu kobra królewska. Słyszałem od tubylców przeróżne historię. Tu zabiła kogoś dziadka, tam wujka. I o pytonie – grubym jak moje udo, długim na parę metrów, na którego prawie najechałem motorem w drodze do Srae Kan. Podnoszę się, żeby zmienić ułożenie. Jest mi niewygodnie. Jak to? Już pierwsza w nocy? Wycieńczenie daje znać o sobie. Dokładam do ognia i budzę z wielką ulgą dopiero o świcie. Ten sam wzrok Ostatniego dnia wstajemy długo przed świtem z zamiarem dotarcia do drogi skąd jeżdżą ciężarówki na południe. Już po kilku minutach jazdy lądujemy w błocie. Świta, jest rześko i świeżo. Pachnie rankiem jak na dawnej polskiej wsi. O świcie wszyscy są już na nogach, jakby było już co najmniej południe. Mijamy woły, te same chaty, ogniska przed zagrodami, te same zastygłe, chude twarze wkomponowane w niezmienne tło, zastygłe usta i oczy, które intrygują najbardziej, patrzące beznamiętnie na dziwnego przybłędę, oczy i wzrok, który intryguje od berberyjskich wsi w Afryce przez hinduskie ulice i khemrskie miasta, wzrok i sposób patrzenia, który intryguje w całym szerokim pasie Ziemi, wzrok miliardów ludzi, siedzących na ciepłych od słońca asfaltach, taboretach, drewnach, blachach i gzymsach, tak samo wpatrzone nie wiadomo w co i po co, nie wiadomo czy gdzieś w dal, czy gdzieś bardzo blisko, jakby przygniecione ciężkim słońcem, wydawałoby się wyrażające absolutną apatię i marazm, mieszankę dumy, nieufności, nienawiści i bojaźni, pogodzone z tym, co było i tym co jest, jakby pogodzone z tragiczną przeszłością i niepewnym jutrem na przedpolu jednej z ostatnich terra incognita na Ziemi. Andrzej Muszyński |