|
Brak wyrazu (Z Chile) Zarówno Arica jak i Antofagasta, chilijskie miasta, leżą nad Pacyfikiem. W Arice deszcz pada dwa, trzy razy na sto lat. Wielu ludzi nigdy nie widziało wody spadającej z nieba. Nie lubię takich miast jak Antofagasta i Arica. Miasto do późnych godzin przedpołudniowych tonie w ponurej mgle znad oceanu. Gdy spojrzysz na niebo, nie jesteś w stanie powiedzieć czy jest czyste czy całe pokryte warstwą chmur. Mgła ustępuje koło jedenastej. Miasta pozbawione są jakiegokolwiek kontrastu. Blady ocean nie kontrastuje z piaskowym lądem. Pożółkłe domy pokryte nalotem z pustyni zlewają się z urwistymi zboczami, w które wgryzają się miasta. Zwrotnikowe słońce niemal nie daje cienia. W końcu jest tak jaskrawe, że odbijając się od jasnych murów, pogrąża miasto w rachitycznej, mętnej poświacie, rozlewającej się ospale po szerokich ulicach. Wszystko jest senne i chandryczne, bez wyrazu. Wieczorami robi się zimno. Współczucie Co to znaczy w zasadzie współczuć? Czy wszyscy rozumieją je tak samo? Współczucie musi się wiązać z emocjonalnym utożsamianiem się ze stanem psychofizycznym drugiej osoby. Współczucie powinno być po prostu synonimem empatii. W przeciwnym razie jest pustosłowiem - nic nie znaczy. W razie pozytywnej odpowiedzi niiezwykle mało ludzi współczuje, niezwykle mało ludzi potrafi to robić. Afrykański spór Wyjechaliśmy z Makokou około 11 rano mając przed sobą 17 godzin jazdy przez gaboński interior do Libreville. Wóz był starannie upchany afrykańskimi ciałami. Panuje tu zupełnie inna kultura i rytm rozmowy niż w nie-Afryce. Wszyscy bez wyjątku posługują się gabońskim francuskim. Czy siły kolonizacyjne były tak duże czy fundamenty lokalnej tożsamości okazały się zbyt wątłe? A może i tak i tak? Z początku panuje harmonijna wymiana zdań, przecinana regularnie wspólną salwą śmiechu. Wreszcie polemika zaczyna nabierać pędu i brawury. Część dyskutujących przestaje przestrzegać, zdawało się niepisanych reguł debaty. Zaczynają się tworzyć grupy i podgrupy , których nie sposób sklasyfikować Rodzące się kompromisy i konsensusy wymuszają tymczasowe rozejmy. Błyskawiczne transfery w ramach grup i podgrup nasilają atomizację sporu. Bus przypomina rozjuszonych manifestantów wykrzykujących krewko swoje racje. Następuje finalna dekonstrukcja grup, podgrup i doraźnych sojuszy. Każdy pogrąża się w mantrycznym słowotoku, wygłaszając swój monolog, torpedujący wszystko dokoła i zlewający się w jedną gargantuiczną całość. Fryzjerzy Fryzjerzy od samej genezy rzemiosła dzierżyli często rodzaj monopolu na skrywaną powierzchownie wiedzę o lokalnych relacjach. Spowiednicy, doradcy, powiernicy, kusiciele, rozjemcy, bywało szare eminencje. Gdzieś pomiędzy skórą głowy a palcami wytwarza się swoisty rodzaj intymności. Czynność osobistą z własnej woli przekazujemy w ręce drugiej osoby. De facto obcy człowiek dotyka najważniejszego elementu ciała ludzkiego. O ile intymność kojarzy się z faktyczną zażyłością, na linii fryzjer-klient rodzi się rodzaj intymności pozbawiony jakiejkolwiek kauzalności i racjonalności. Wyjście do fryzjera-rzemieślnika często kamufluje prawdziwe potrzeby. Lubię chodzić do fryzjera w innych kręgach kulturowych. Uważam, że wizyta u fryzjera to obowiązek doświadczonego podróżnika. Zatem prawdziwą przyczyna wizyty u fryzjera bywa zagubienie. Przez nie pojawiłem się u fryzjerki w Chile w portowej Antofagaście, pompie narkotykowej z pobliskiego Peru. Clara widziała i wiedziała wszystko. Zresztą w całym zakładzie pracowało jeszcze pięć Chilijek, zamieniając lokal w melodyjny teatr. Ich wywiad nie pozwalał prześlizgnąć się najmniejszemu strzępkowi informacji. Między podcięciem lewego baku a bezczynnym podtrzymywaniem głowy, następowała długa latynoska kanonada, na sekundę przerwana zawodowym odruchem – marquar? – cieniować czy nie?, i kontynuacją pięknej, kobiecej chrypki. Od Clary wyszedłem pewnym krokiem. Czasem był to niepokój. Jak w Puerto Suarez, zakurzonym, boliwijskim pueblo po środku bagien Pantanal, tuż przed granicą z Brazylią. Typowe latynoskie pogranicze. Przemytnicy, kurz, Indianie, latynosi, murzyni, kontrabanda, nie-wiadomo-kto i nie-wiadomo-po-co. Wjeżdżałem do Brazylii od niepopularnej strony. Potrzebowałem informacji. Od fryzjera dowiedziałem się, dlaczego od rana nie mogę kupić żadnej gazety – Do Puerto Suarez nie dojeżdżają gazety – wyjaśnił Pedro. One dolatują. I to z solidnym opóźnieniem. Moja podróż lądem z Santa Cruz, ostatniego przysiółka miejskiej cywilizacji przez Pantanal trwała przecież dwadzieścia cztery godziny. W Makokou poszedłem do fryzjera, bo nigdy nie strzygł mnie Afrykańczyk. Afrykanie strzygą się często i starannie. Najwięcej uwagi fryzjer skupia na perfekcyjnym wyrównaniu linii nad czołem. Afrykanie nie mają grzywki. Gęste włosy zbijają się w puszystą warstwę, którą należy pedantycznie wyprofilować. Włosy od czoła musi oddzielać wyraźny, niezmącony kontur. Dobry fryzjer robi dobry kontur. Byłem pierwszym białym, którego strzygł Gabończyk. W Kambodży z kolei po prostu nie mogłem się nie zatrzymać. Khmerski fryzjer strzyże na ulicy, usadawiając klienta na krześle przed lustrem razem z innymi, tworząc tym samym całe ulice fryzjerów. Fabryczny zakład na wolnym powietrzu, ze strzępami włosów na jezdni. Konkurencja zakładów i konkurencja pracowników. Wieczorem wszyscy fryzjerzy zwijają swoje stanowiska. Khmerski fryzjer zapadł mi w pamięć. Wiele sobie opowiedzieliśmy. Po raz pierwszy w życiu obciąłem się na zupełne zero. Golenie na łyso w wielu kulturach wymaga równej staranności jak przystrzyżenie. Fryzjer golił mi głowę, tocząc po skórze miarowo chłodny wałek, płynnie ściągający zbite włosie. Strzyżenie przypominało azjatycki, błogi masaż. Do dziś nie wiem czy nie popełniłem faux pas w kraju, w którym monopol na łysinę przynależy mnichom i darzonemu estymą królowi Sihanoukowi. Nie miałem niestety okazji odwiedzić jeszcze seansu w wykonaniu arabskich golibrodów w ich seledynowych klitkach w zaułkach medyny, wypełnionych kępami włosów i wonią arabskich olejków, fryzjerskiej klasyki, gdzie strzyżenie i tradycja golenia brody jest jedynie pretekstem do swarów, waśni, politycznych polemik i roztrząsania sporów. Inszallach! (…) Skóra W Afryce skóra nie jest dobrem w pełni osobistym. Obce osoby lepią się do nieswojej skóry, dotykają jej bez zażenowania jakby to była futryna, gazeta, oparcie. Siedziałem przy stole w Makokou w mętne, tropikalne popołudnie, przepisując dane z GPS-a do notatnika. Dosiadło się dwóch młodych Gabończyków, zaintrygowanych urządzeniem. Wokół było pełno ludzi. Jeden z nich chwycił mnie za przedramię i zaczął przyglądać się z bliska mojemu zegarkowi, zaciekawiając swojego kolegę. W końcu zauważyli coś na mojej skórze i zaczęli ją analizować, przyciskając do niej palce. Jeździli po niej palcami jak po mapie. Co godne odnotowania w ogóle mnie ich przedmiotowe traktowanie mojej osoby nie zdziwiło. Nie oderwałem się od swojej pracy. To było tak naturalne jak ich czarna skóra. Afrykanie nie mogli mieć innej barwy skóry. Nie wynika to bynajmniej z jakiegoś apriorycznego założenia. Nie chodzi też o uwarunkowania biologiczno-atmosferyczne. Kolor ich skóry jest tak oczywisty, że należy go traktować jako zastany stan rzeczy, rodzaj bezdyskusyjnego i pierwotnego aksjomatu. W busie z Makokou do Libreville siedziałem na samym tyle przygwożdżony do szyby przez tłum ludzi. To było jedyne miejsce w pojeździe, pozbawione z przodu oparcia sąsiada. Siedząca przede mną dziewczyna nie miała się o co oprzeć. Wobec tego naturalnie po kilku minutach zapytała czy może się na mnie położyć i nie czekając odpowiedzi wygodnie się ułożyła na kolejne dziesięć godzin. Najczęściej w krajach Maghrebu mężczyźni trzymają się mocno za ręce, wyrażając tym samym swoją przyjaźń i lojalność. Arabowie nie podają ręki by po uścisku dłoni od razu ją wycofać. Długiemu powitaniu towarzyszy mocny uścisk czasem obydwu dłoni, trwający często całą pogawędkę. Gdzieś przebiega granica, na południe od której skóra jako fizyczna forma pierwszego kontaktu staje się dobrem wspólnym, przynależąc jednocześnie do osobistej sfery człowieka, co znajduje bezpośrednie odzwierciedlenie w statusie człowieka jako jednostki, rozpływającej się w gęstej, anonimowej materii społecznej. To ma bardzo poważne konsekwencje i działa na zasadzie sprzężenia zwrotnego. Zastanawiam się, czy ta granica nie jest jedną z najważniejszych. (…) Kabotyństwo Na tle innych kręgów kulturowo-religijnych, wyróżniamy się wyjątkową potrzebą ekspresyjnej artykulacji swoich wartości i osobistych, czasem domniemanych zalet. Nigdzie nie widać tak kabotyńskich demonstracji swojego ego, czasem zupełnie nieadekwatnych do sytuacji i chybionych, efekciarskich przechwałek. Skromność jest domeną świata nie-chrześcijańskiego, mimo że ten ostatni jest w rzeczywistym kształcie po stokroć żywszy, bardziej dynamiczny, przebojowy. Wychowanie, stosunek do religii (nie sama religia per se), przeszłość (kompleksy?), poziom swobód i praw obywatelskich, systemy polityczne, stan majątkowy. Czy w takiej kolejności? Zastanawiam się czy u podstaw władztwa państwa i całej sieci regulacji formułujących nakazy i zakazy, opartych na społecznej umowie albo narzuconych z góry, nie leży po prostu brak wiary i podświadome przekonanie o ułomności społecznej człowieka. Zastanawiam się czy ograniczenie sfery laissez faire nie tkwi w obawie, że człowiek z natury skłonny jest oddalić się od swoich ideałów, przyzwoitości społecznej i obiektywnie słusznej wizji społecznej harmonii dla zwykłej materialnej wystarczalności. Nie wdając się w rozważania nad stopniem takiego oddalenia, zastanawiam się czy można go usprawiedliwić nie podając w zasadzie żadnych argumentów, gdy robi to na przykład dla swojej rodziny. Coraz bardziej skłonny jestem ku pozytywnej odpowiedzi i coraz wyraźniej do mnie dociera, że ten system tkwi w niedoskonałości społecznej człowieka, sensu largo, na wyższym poziomie niż rodzina, klan, kasta. Tym samym rośnie w moich oczach rola tej sieci, abstrahując od siły jej ingerencji w swobody i wolności człowieka. Ciżba Skąd bierze się ta ciżba w tylu krajach? Gdzie leży jej przyczyna? Gdy patrzę z góry, ulice wypełnia kotłująca się jak robaki masa ludzka. W naszych stronach ulice się tak nie kotłują. Płyną, suną. Tam się gżdżą. Czy przyczyną takiego stanu rzeczy jest jedynie klimat? Nie sądzę. Siedziałem w zwrotnikowym Chile w kawiarni, obserwując życie ulicy. Każdy zmierza w wyraźnie obranym kierunku, w stronę jakiegoś celu. Przypadkowe spotkania przebiegają podobnie: uśmiechy, uścisk dłoni, krótka lub dłuższa pogawędka, uścisk dłoni, pożegnanie. W La Paz jest inaczej. Ze wzgórz do centrum położonego w dolinie o poranku spływają tłumy. Jest bardzo zimno. La Paz leży na wysokości 3500-4000 m npm otoczone Andami. Przez barwną, indiańską ciżbę przebijają się busy, z wykrzykującą z niego osobą oznajmującą kierunek jazdy. Większość stąpa w miejscu, krąży. Ci, którzy gdzieś zmierzają są w mniejszości. Każdy ma coś na sprzedaż. Liczy, że coś sprzeda, bo wszyscy tu przychodzą. Wszyscy, którzy tu przychodzą chcą coś sprzedać. Codziennie mijam tego samego człowieka, stąpającego z wystawioną dłonią na której leży ten sam zegarek. Nie ma nic innego do sprzedania i nie może go sprzedać. Na litość, ile on może zarobić na tym zegarku? Ma olbrzymią konkurencję. Cały tłum sprzedaje takie same zegarki, kompot, owoce, prażoną kukurydzę, płyty, mydło, całą górę przedmiotów, na które trudno zwrócić uwagę. Codziennie łapie mnie za nogi chłopak w kominiarce pucujący buty za 1 boliviano (45 gr). Tworzy się najbardziej wolny i bezwzględny rynek na świecie ograniczony jedynie monstrualnymi Andami. Podobnie na arabskich medynach, starej części miasta. Na pytanie dlaczego wszyscy tu przychodzą, nasuwa się prosta, choć niesatysfakcjonująca odpowiedź - a gdzie mieliby pójść jak nie na medynę? Podobnie na chińskich ulicach, w Kuala Lumpur, Pakistanie, Indiach, itd. Czy zatem ciżbę generuje bezrobocie? W Rosji i na Ukrainie w regionach z potężnym bezrobociem ludzie nie żyją na ulicy. Jaki wpływ ma gęstość zaludnienia? Chyba nikły skoro generalnie w miastach gęstość zaludnienia jest zbliżona. Jaka jest granica klimatyczna, poniżej której ludzie nie tworzą tej pulsującej ciżby? Czy ludzie wychodzą na ulicę bo na zewnątrz jest chłodniej? Nie zawsze. W Maroko domy budowane są tak, by zapewnić znakomity chłód w upalne lato. Czy jej przyczyny są prozaiczne i namacalne czy może trzeba poszukać gdzieś głębiej, analizując pradzieje narodów i grup etnicznych, uwarunkowania wpływające na kanały ich dojrzewania, przesłanki genetyczne i gatunki instynktów stadczych? Metapolityka O 3 w nocy wyjechaliśmy z La Paz. W samochodzie rozgorzała dyskusja.. Za kilka dni odbędzie się referendum mandatoryjne, podczas którego lud -"el pueblo" zadecyduje o dalszym losie Evo Moralesa. Rozmawiamy o polityce, systemach, Boliwii. Javier i Osvaldo są przedstawicielami lokalnej inteligencji. Operują hasłami: socjalizm, kapitalizm, liberalizm, wolny rynek, nacjonalizacja. Dyskusja zakotwiczona jest w odniesieniach do socjalizmu w Europie, kapitalizmu w USA i bardzo błyskawicznych wnioskach, jakby założonych a priori. Nie ma tu miejsca ani na próbę przeniesienia różnorodnych doświadczeń na lokalny, specyficzny i współczesny grunt ani na metapolitykę, próbę całkowitego wyjścia poza ramy czasowe i doktrynalne. Dominują słowa-wytrychy, zdezaktualizowane nawet w głównym nurcie debaty publicznej. Znam kilku moich rówieśników, którzy byliby wzorowymi funkcjonariuszami SB, UB i tym podobnymi, w duchu koniunkturalizmu zupełnie nieważne jakimi. Prawna legitymacja do dzierżenia kawałka władztwa państwowego – imperium, wyzwoliłoby w nich najwieksze bydlęctwo. Uwielbialiby bić, znęcać się, brać za to pieniądze i robiliby to z czystą przyjemnością. Przy czym pieniądze grają tu drugorzędna rolę. Najbardziej podniecałaby ich faktyczna i prawna dominacja. Jeśli takich ludzi rekrutowały te służby, musiały być bardzo skuteczne i mieć oddaną kadrę. Zawsze z ciekawością im się przyglądam. Elektryczność Na każdej wsi oddalonej od cywilizacji miejskiej życie toczy się w rytm natury. To tzw. powszechna prawda. Ale kiedy zaczyna się to zmieniać? Głownym sparwcą jest elektryczność. Tam gdzie nie ma elektrycznosci, noc jest bardzo mocna. Zachodzi słońce, ludzie palą chwilę świeczki, ogniska, robi się coraz ciszej, nie ma co robić. Klada się spać. Stają o świcie wyspani, gdy przychodzi kolejny wieczór są na tyle zmęczeni, że moment zasypiają. Kiedy wracałem z Gór Kardamonowych w Kambodży do stolicy zakurzonymi traktami z dachu ciężarówki obserowałem jedne wielki ciąg osad na palach. Był dopiero świt, a ludzie sprawiali wrażenie jakby była co najmniej jedenasta. Gdy pojawia się elektryczność, noc jest słabsza, ludzie zaczynają żyć inaczej, wpadają w inny tryb. To sprawa Thomasa Edisona. Sodówka Funkcjonuje w naszym społeczeństwie przekonanie, że często ludziom bogatym uderza do głowy, stają się nadęci, komuś odwaliło, sodówka, zapominają o swoich dawnych znajomych. Pytanie, czy to tylko i wyłącznie ich wina? Jedni stają się bogaci stopniowo, inni z dnia na dzień. Z 1 gwiazdki przenoszą się do 2, by potem spróbować 3 a może 4. Dla jednych nocleg w hotelu turystycznym nie będzie stanowił problemu, mimo, że jeśli mogą (taki jest) prześpia się w 4 gwiazdkach. Dla drugich owszem. Pytanie, czy relacja między bogatym starym znajomym a biedniejszym starym znajomym, któremu się nie powiodło, nie psuje się ze względu na naturalny stan rzeczy? Koniec wspólnego statusu, problemów, tożsamości, jakoś brak wspólnych tematów, coś się nie klei. Nie chodzi jedynie o stan majątkowy. Winę na tych, którym się powiodło zwala się zbyt pochopnie. Funkcjonuje też stereotyp: bogaty cham i biedny, ale jaki dobry. To też bywa krzywdzące. W krajach izolowanych, zza kurtyną obcokrajowcy cieszą się wyjątkowymi względami miejscowych. Ludzie podchodzą by podać rękę, zamienić kilka słów, wymienić się adresem Zdarzało się to w Algierii, Kambodży, w marokańskiej Zagorze. W Boliwii w autobusie z La Paz do Santa Cruz zaczepił mnie Boliwijczyk z Oruro. Handlował tekstyliami, które importował z Pakistanu. Proponował mi biznes: import koparek do ziemniaków do Boliwii. Oczywiście prosił o adres. To nie zdarzało się już w bogatych Chile i Brazylii. Mimo, że często wymieniałem się adresami nie zarejestriwałem sytuacji, w której ktoś podchodzi tylko po to by wymienic się adresem i móc się pochwalić, że ma się przyjaciela stamtąd, z lepszego świata. Na jednym z filmów dokumentalnych Amerykanin opowiada o swoim pobycie w Polsce za komuny. Opowiadał, że ludzie podchodzili do niego i traktowali go z poczuciem wyczuwalnej niższości. Zawsze prosili o adres. Takie sytuacje mają miejsce w krajach, gdzie ludzie z powodów ekonomicznych czy politycznych nie mają możliwości wyjechania, mają kompleksy, żale. Już sam fakt, że coś jest spoza ich terenu pozwala nie wykluczać, że tam jest “życie”. Co godne uwagi, nie dzieje się to w miejscach izolowanych totalnie, osadach daleko od cywilizacji. Tam nikt nie pyta o adres. Po prostu się żegnają. Widzę coraz więcej osób (narazie płci żeńskiej) ubierających spodnie do złudzenia przypominające modę wieków średnich. Szerokie i luźne spodnie z małymi falbanami, z bardzo niskim krokiem, zwężające się drastycznie w kolanach. To się ponoć jeszcze nie nazywa, ale niedługo ma się nazywać. Wtedy były też w modzie popularne dziś legginsy. Czy ktoś zauważy, gdy zaczniemy się ubierać renesansowo, barokowo? Czy to będzie śmieszne czy modne? A może wróci moda na barokowe kształty? Nierealne? Nasze pokolenie chyba skazane jest na brak możlwiości wspomnień przy starych zdjęciach-odbitkach. Z wyprawy sprzed czterech lat już nikt nie może znależć CD z fotografiami, gdzieś się zgubiły, gdzieś się zapodziały, popsuły sie komputery, potraciły dane itd itp. Kiedy CD nie będzie już można nijak odczytać i znikna jak kasety video? Chyba trzeba hurtem wszystko wywołać i schować głęboko do szafy. Na każdej wsi oddalonej od cywilizacji miejskiej życie toczy się w rytm natury. To tzw. powszechna prawda. Ale kiedy zaczyna się to zmieniać? Głownym sparwcą jest elektryczność. Tam gdzie nie ma elektrycznosci, noc jest bardzo mocna. Zachodzi słońce, ludzie palą chwilę świeczki, ogniska, robi się coraz ciszej, nie ma co robić. Klada się spać. Stają o świcie wyspani, gdy przychodzi kolejny wieczór są na tyle zmęczeni, że moment zasypiają. Kiedy wracałem z Gór Kardamonowych w Kambodży do stolicy zakurzonymi traktami z dachu ciężarówki obserowałem jedne wielki ciąg osad na palach. Był dopiero świt, a ludzie sprawiali wrażenie jakby była co najmniej jedenasta. Gdy pojawia się elektryczność, noc jest słabsza, ludzie zaczynają żyć inaczej, wpadają w inny tryb. To sprawa Thomasa Edisona. |