|
TAKICH INDOCHIN SZUKAŁEM W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na wyniosłym wzgórzu. Po horyzont rozciąga się gęsta dżungla, poprzecinana głębokimi jarami z pełzającymi wilgotnymi mgłami, zaminowana i pełna niewybuchów. Gdzieś w tych dolinach leżą wioski “Krainy Indian”, ziemie laotańskich mniejszości etnicznych Yae i jezioro Nong Fa w sercu rezerwatu Dong Ampham. Attapeu Tak jak Laos na tle ościennych państw, w których życie płynie i tak nieśpiesznie zdaje się oazą spokoju i wyciszenia, tak Attapeu w Laosie pełni funkcję sypialni, krainy sjesty i odprężenia. Niezauważanie mnie graniczy z nieumyślnym lekceważeniem. Czy coś tu jest? Co tu w ogóle jest?, zadaję sobie pytanie idąc w prawo, dochodząc do kolejnej identycznej ulicy, robiąc pętlę i stając na końcu w punkcie wyjścia. Z zakurzonego, ospałego dworca podjeżdżam rikszą do, jak rozumiem, centrum stolicy prowincji. Rzadko mi się zdarza, bym po przybyciu do nowego miejsca nie wiedział gdzie iść, może ściślej, żebym gdzieś nie szedł przed siebie – albo orientuję się już w topografii miasta i ruszam w obranym kierunku albo udaję jej znajomość stosując przerobioną i do głębi bezczelną taktykę pewnego kroku, unikając na przykład natarczywych zaczepek Arabów, za którymi teraz tak bardzo tęsknię. Życie w Attapeu można porównać do stanu pełnego obiadem człowieka w mętne letnie popołudnie i do tego tuż przed burzą. Wysiadłem i nie wiem gdzie pójść. Czy tu coś jest? Położywszy plecak na nieco chłodniejszym już asfalcie, złapałem się za boki. Zza obdartego, skórzanego fotela rikszy wystawił głowę zaspany kierowca, poświęcając mi co najwyżej sekundę, przekładając lewą nogę na prawą i kontynuując popołudniową drzemkę. Stolica Wild East W Attapeu znajduje się Bank Rozwoju Laosu. Żeby wymienić pieniądze, wypełniam parę druków, co zajmuje mi jakieś piętnaście minut, niezależnie czy wymieniam 100 dolarów czy 10. Później druki i kalki wędrują do okienka, gdzie odlicza się wyznaczoną kwotę. W banku nikt się nie spieszy, zresztą po co, skoro jest pięć pracownic, i ani przede mną a ni za mną żywej duszy. Lubię chodzić do banku w Attapeu ze względu na najmilszy w mieście cień i dobrą akustykę uderzeń pieczątek. Na ścianie wisi lotnicza fotografia dżungli i turkusowego jeziora. Terminem Wild East określa się ostatnio skrawki Indochin, do których nie dociera zmasowana turystyka lub rzadziej, nikt nie dociera. Zresztą tak naprawdę nikt nie zadaje sobie trudu, żeby go zlokalizować i dosłownie namierzyć, w związku z czym funkcjonuje częściej jako określenie dość abstrakcyjne. W Attapeu bez wątpienia czuć aurę Dzikiego Wschodu, unoszącą się gdzieś w zakurzonym powietrzu, wyraźnie wyczuwalną krańcowość apodyktycznie wyznaczającą ostatni przystanek autobusom, pociągom i taksówkom. Na zachód słońca w Attepeu najlepiej pójść nad Xe Kong. Spod pensjonatu wystarczy iść prosto przed siebie przecinając kilka szerokich równoległych ulic, na końcu podążając czerwoną ziemią wzdłuż alei dorodnych palm, pomiędzy bosymi dzieciakami kopiącymi skórzaną piłkę. Nad Xe Kongiem siadam co wieczór w drewnianej knajpce, w której nigdy nie ma gości. Kupuję Beer Lao, prawdopodobnie najlepsze piwo na świecie. Mój wzrok koncentruje się na trzech punktach – na butelce, kuli słońca i drewnianych łódkach leniwie przewożących pasażerów z jednego brzegu na drugi. W miejscu gdzie siedzę nieruchomo, słońce zahacza o róg starego dachu, powoli choć jak na słońce w mgnieniu oka mija konary, ciemnozielone góry, nadając całej okolicy ciepły czerwono-ceglasty odcień z fioletowymi refleksami, chowając się w końcu za dalekim horyzontem. Czasem piję jeszcze jedno w całkowitej ciemności. Jedyna szansa Mój czwarty dzień w Attapeu nie różni się niemalże niczym od trzeciego, drugiego i pierwszego. Zaraz po śniadaniu spotykam się na śniadaniu z Yaiem. Yai jest niskim, nieśmiałym chłopakiem z dystansem i azjatycką rezerwą podchodzącym do wszystkiego, co się dzieje wokoło. - Mr Andrew, znam Pana problem. To jest absolutnie niemożliwe. To za daleko. To niemożliwe, żeby tam pojechać. Może kiedyś jak zbudują drogę.. - Daleko? Zobacz na mapę! - Tam nie ma drogi, trzeba iść przez dżunglę, jakieś 7 dni marszu. - Słuchaj słyszałem, że do katarakt na Xe Kaman można dopłynąć łodzią, dalej już piechotą można się dostać do Dong Ampham. To prawda? - Nie, to absolutnie niemożliwe. Mr Andrew, żebym ja się jeszcze lepiej czuł – apatycznie wyławiał z talerza cienki makaron. Cały czas jestem osłabiony po tej chorobie - Kiedy dasz mi ostateczną odpowiedź? - Jutro rano, o 10 - Nie mogę tam sam pojechać? - A wiesz gdzie leżą niewybuchy? - … - Mówią po laotańsku? - Młodsi co nieco, starsi ani słowa, to mniejszości etniczne. Miłego dnia Mr Andrew – pożegnał się wsiadając na skuter. Znów zostałem sam z ciepłą, chrupiącą bagietką z podsmażanym boczkiem, pomidorem, warzywami i kawą z plantacji, wpatrując się jeszcze dobre kilkadziesiąt minut w ekran telewizora, po raz wtóry pokazujący chiński cud gospodarczy. Yai jest 28-letnim menadżerem w hotelu Attapeu Palace, wyróżniającym się potężną, białą bryłą, jedynym łączem internetowym w mieście, głośnikiem zamontowanym na drzewie z codziennymi komunikatami i sławą przyjmowania oficjeli partyjnych z całego kraju. Menadżer w Laosie zarabia około 30 $ miesięcznie, pracując zwykle dwanaście godzin dziennie łącznie z sobotami i niedzielami. Yai urodził się w Pakse, studiował w Vientanie i po wręczeniu paru łapówek i pracy za 20 $ w szpitalu wrócił na południe, gdzie zajął się turystyką i opieką nad hotelem, w którym mieszka. Ma zwykle smutny, zrezygnowany wyraz twarzy, a błękitna dżinsowa katana, śnieżnobiały, wzorowo wyprasowany podkoszulek i czapka z prostym daszkiem dodają mu chłopięcości i ujmują lat. Yai jest chyba najbardziej obrotnym człowiekiem w całej prowincji Attapeu. Jest jedyną szansą. *** - Mr Andrew, będę u ciebie za 10 minut – odkłada słuchawkę. Czy już się mam pakować? Wszystko gotowe – buty, repelenty, noże, plecak, notes, nawigacja i cała reszta. Yai parkuje motor i od razu oznajmia - Nie mogę z Tobą jechać. Naprawdę nie dam rady, ciągle źle się czuję. Przykro mi - Jest jeszcze szansa, że będziesz mógł? - Naprawdę nie wiem. Może pojutrze będę już się lepiej czuł. Pamiętaj, że tam trzeba mieć sporo pozwoleń od władz. Bez tego się lepiej nie ruszać. - W takim razie będę tu pojutrze. Teraz jadę na Bolaven. - Jedź. To piękne miejsce. W krainie kawy Płaskowyż Bolaven jest pokryty kawą. Jeśli kawa nie sterczy z drzew na plantacjach, jej ziarna suszą się na górskim słońcu na gumowych plandekach, rozłożonych przy płotach, chatach, przy drogach, bazarach i na dachach. Na Bolaven jest bardzo zimno, nie tylko w relacji do reszty kraju. Wszyscy chodzą w kurtkach i grubych, wełnianych czapkach sprzedawanych na każdym bazarze. Paksong jest bardzo surowym miejscem, z kilkoma warsztatami samochodowymi, pastwiskiem, połamanymi bramkami do gry w piłkę, błotnistym bazarem, na którym nie można zjeść nic innego prócz zbitego, kleistego ryżu, stygnącego w oka mgnieniu na zimnym powietrzu i kościstych, zimnych kęsów kury albo wieprzowiny. Za bazarem stoi pensjonat, mieszczący się w białym, odrapanym dworze do złudzenia przypominającym polskie dworki. Jest w nim bardzo zimno i jestem w nim sam. Paksong nie przypomina niczym subtropikalnego miasteczka. Jego szarość i stercząca w powietrzu przeciętność Przypomina raczej polskie jesienne osiedle na przedmieściach. Nad surowością krajobrazu górę bierze jednak egzotyczna szerokość geograficzna ubarwiając stroje ludzi w wielobarwne, jaskrawe paski i wzory, co w połączeniu ze spieczonymi od wiatru i słońca twarzami, górskością i popołudniowymi mgłami przypomina mi południowoamerykańskie Andy i odkąd zostałem wysiadłem tu z autobusu już chyba zawsze będzie mi się tak kojarzyć. Bolaven przez znaczną część doby opatula mgła, rozpierzchająca się gdzieś w okolicy 11 rano, powodująca wrażenie wyludnienia, skrywająca przemykające dalej rowery, busy, riksze, motory i pieszych. Górski Laos obfituje w mgły, które wiją się urwistymi kanionami i rozległymi dolinami, kołaczą o wysokie, wapienne szczyty i złote kopuły buddyjskich świątyń, rozlewiska Mekongu, lawirując pomiędzy palami wysokich chat i obejść. Mgła dodaje tajemniczości, permanentnie kamufluje, dezorientuje, myli, zakłóca przebieg informacji, rozmywa rzeczywistość, rodzi nieporozumienia, chce się wierzyć, cudownie konserwuje tradycje i legendy. Gdy około 11 kołtuny mgły rozmywają się pod grzejącym słońcem, wodospad Tad Lo nabiera wyrazistości i potęgi, zwalając się prosto w dół 120 metrową zamszoną otchłanią pośród gęstej dżungli. Do Tad Lo przyjechałem na pace ciężarówki z pulchnymi kawiarkami, bezustannie się na mnie gapiącymi. Znad urwiska rozpościera się perfekcyjny widok na wodospad, z mieniącą się głębią przepaści. Odkąd go zobaczyłem, zrozumiałem, co musieli czuć odkrywcy tropikalnych wodospadów – zobaczenie takiego wodospadu jest ucztą dla duszy i ciała, natknięcie się na niego musiało być wstrząsem i prawdziwą euforią graniczącą niemal z szaleństwem. (1 listopada – moje urodziny. Jestem sam w opuszczonym dworku pokolonialnym w Paksongu. Pokój jest zimny i wilgotny – z zapisków) Jutro ruszamy Telefon trzeszczy i skrzeczy, długo i uparcie. - Mr Yai? Mr Yai?! dzwonię z Paksongu, z jedynego aparatu jaki znalazłem. Jeśli Yai jest chory, nie ma sensu, żebym znów wlekł się do Attapeu. - Mr Andrew!!?........Ju.. Mr Andrew?! Jutro ruszamy!! . Odkładam słuchawkę. Takich Indochin szukałem Motor zostawiamy w chacie nieopodal drogi prowadzącej prosto do granicy z Wietnamem. Przywiązuję manierkę do paska i ruszamy wąską ścieżyną na północ, wzdłuż rwącej Xe Sue, w Góry Annamitowe, do Nong Fa. Dong Ampham kole w oczy pocztówkowymi barwami turkusowych rzek i soczystą zielenią subtropikalnego lasu. Pod kilku godzinach marszu stajemy nad Xe Sou, dostrzegając lichą ścieżyną po drugiej stronie znikającą w dżungli. Nad Xe Sou nie ma mostu. Brak mostu i koniec pory deszczowej oznaczają forsowanie rwącej rzeki w bród, w której ostatnio odkryto od dawna uważany za wymarły gatunek krokodyla syjamskiego. Yai prawie nic nie mówi. Cały czas mam nieodparte wrażenie, że nie chce mu się ze mną iść, że jest poirytowany moją determinacją albo co najmniej jest mu to obojętne. Bez gestu porozumienia wchodzi w klapkach do wody z torbą w rękach, wpierw po kolana, później po pas, krok po kroku w stronę najgłębszego nurtu. Gdy woda sięga mu po brzuch zatrzymuje się niepewnej pozycji, próbując się niezdarnie obrócić w moją stronę. Widzę, że utknął i że woda jest silniejsza niż się wydaje. Nie jest dobrze. - Yai! Wracaj! – próbuję przekrzyczeć szum wody. Słyszysz !? Nie idź dalej!! Nie słyszy. Robi krok do przodu, woda przewala go na plecy i wlecze z całym pędem wyrywając buty i torbę. - Łap się głazów! - Wrzeszczę po polsku. Łap się głazów!! Yai ląduje na skupisku głazów i wytacza się na brzeg plując i kaszląc z prawdziwym przerażeniem w oczach. Patrząc na mnie w ten sposób, nie musi nic tłumaczyć – widziałeś to?!, widziałeś co się stało?!, gdyby nie te kamienie! – to chce mi przekazać. Siadamy milczeniu na kamieniach wyrywając z nóg parę pijawek w zupełnym milczeniu. Yai łapie oddech. - Nie przejdziemy tego. Wracamy! - Co? Co Ty mówisz? Zaraz to razem przejdziemy! - Ja tego nie przejdę! - Przejdziesz. Spokojnie.. Wybieram inny wariant niż Yai. Widziałem go gdzieś na rysunku. Idę powoli twarzą do nurtu, lekko pochylony zapierając się metr przed sobą mocnym kijem. Krok, po kroku, metr po metrze, kamień po kamieniu. Jeśli przejdę główny nurt, w którym woda sięga mi po pierś, pójdzie z górki. Im głębsza woda, tym mocniej się pochylam. W pewnym momencie nie utrzymuję, prąd jest za silny, kiedy wiem, że nie wytrzymam kładę się na wodzie i płynę z plecakiem parę metrów, lądując na piaszczystej mieliźnie. Kładę plecak na brzegu i wracam po Yaia. Jestem wyższy i zdecydowanie cięższy, co ułatwia mi sprawę. Bez plecaka znacznie szybciej przechodzę na drugą stronę, po czym tym samym sposobem z Yaiem uczepionym moich pleców w skoordynowany sposób przeprawiamy się przez rzekę. Przed samą wioską na ścieżce natykamy się zupełnie niespodziewanie na grupę mężczyzn. Nie wyglądają na miejscowych. - Yai kto to? - pytam - Nie mam pojęcia… Prawdopodobnie są Laotańczykami. Ich wojskowe stroje, manierki i cały ekwipunek nie koniecznie muszą sugerować przynależność do zbrojnych sił Laotańskiej Republiki Ludowej. Odpoczywają przy ścieżce. Po krótkiej wymianie zdań Yai wyjaśnia mi sytuację - To oficerowie. Misja wojskowa rządów laotańskiego i wietnamskiego. - Co oni tu robią? - To się chyba nazywa misja cywilizowania ludzi, nie? Idą uświadamiać ludzi, planować drogi i rolnictwo. Zbierają dane dla rządu. Mają tu siedzieć miesiąc. Dziś śpią tam gdzie my.. Pierwsza wioska wyłania się zza lasu. Zatrzymuję się osłupiały. - Yai! - Tak? - Tego szukałem. Takich Indochin szukałem – dodaję ruszając żwawo przed siebie.
*** Kaleum Namja położone jest nad rzeką, nad którą przewieszono luźno zwisający, lianowo-bambusowy most. Przez środek wsi biegnie droga, ginąc po dwóch stronach w ciemnej dżungli. Wszystkie obejścia wyglądają niemal identycznie – dziesięć chat na palach ze strzechą na dachu obok wartkiej górskiej rzeki. W zasadzie nie czuć dżungli. Powietrze jest górskie, rześkie. Gdyby nie uroda miejscowych i kilka innych detali, sądziłbym że znalazłem się w XVIII-wiecznej wiosce rodem z filmu o Janosiku. - Yai czy ktoś tu w ogóle jest? - Nie mam pojęcia- odpowiada cicho. Zaglądam do pierszej chaty – pusto. W drugiej pusto. Po drugiej stronie – nikogo. Mam wrażenie, jakby w jednym momencie wszyscy opuścili osadę, zostawiając gasnące paleniska, niedojedzone strawy, kury, byki, świnie, ubrania, narzędzia. Z rzadka zapieje kura, gdzieniegdzie sączy się wątły dym. Zaznaczam na GPS – N 14.48.507, E 10728.275. - Yai, czy ci ludzie są Laotańczykami? - Nie, to mniejszości Yae. - Gdzież oni są? – głębię mojego pytania podkreśliły dalekie skrzeczenie ptaków - Pewnie w polu. - Gdzie tu jest pole? - Nie wiem. Jestem tu drugi raz - odpowiada. - Pierwszy raz byłeś z tymi Anglikami z fotografii w hotelu? - Tak - Kim oni byli? Podróżnikami, reporterami? - Ona jest pisarką, a on fotografem. - ? Jak się nazywa? - Virginia Morris. Nad Nong Fa wzięli ślub. - Yai, ona byłą pierwszą osobą która przeszła Ho Hi Minch Trail! Napisała książkę “Road to Freedom!” - Wiem, mam ją w domu z dedykacją. - To czemu nic nie gadasz? - Bo nie pytasz. - Przeszli 700 km w dwa lata. Dlaczego wzięli ślub nad Nong Fa? - Kiedy byli pierwszy raz, gdy badali Ho Chi Minh Trail i dokumentowali cała historię trafili do Nong Fa. Postanowili tam wziąć ślub i rok temu znów tam wrócili ze mną. - Aż tak tam ładnie? - Sam zobaczysz. Virginia dowiedziała się o Nong Fa od ludzi z World Fund for Nature. Ale oni nigdy tam nie byli. Późnym zmierzchem na wiszącym moście pojawia się pierwsza postać – matka z wtulonym w plecy dzieckiem. Jej przerażone oczy mówią same za siebie. Boi się nas i omija szerokim łukiem. Powoli robi się gwarno. Widok wojskowych wzbudza w miejscowych respekt. Yai pokazuje naczelnikowi wsi nasze dokumenty i pozwolenia. Dziś nocujemy w jego chacie. - Andrew, kupujemy kurę od gospodarza? - Wezmy dwie. Podzielimy się z żołnierzami. Może powiedzą coś ciekawego. Już nocą wchodzę do naszej chaty. Staję osłupiały. W centralnym punkcie na grubym palu patrzy na mnie duża, zwierzęca czaszka. - To animiści – szepce Yai - Widzę - Ale mieszkają tu tylko w sezonie ryżowym. Później przenoszą się do wioski wyżej. - Starcza im ryżu do następnego? - Nie starcza. Wtedy polują na wszystko, co się rusza. - Tygrysy? - Też. Gospodarz rozkłada na podłodze maty. Podczas gdy my obieramy kury, na zewnątrz żołnierze zaznaczają na mapie wioskę. Mierzą i liczą. Na razie nie pozwalają mi spojrzeć na mapę – tajemnica wojskowa. W chacie błyskają już tylko pochodnie, w których blasku kobiety raz po raz ubijają masywnymi palami ryż. Przed wejściem na matę wszyscy zdejmują buty. Na środku stoją parujące kotły, z których wszyscy częstują się mięsem i ryżem. W kącie dzieci skubią suchy ryż. Gdy częstuję ich mięsem, rzucają się na nie w obłędzie. Nigdy nie widziałem takiej biedy. Na podwórzu na tle olbrzymiej kuli księżyca przemykają masywne rogi wołów. W dżungli coś piszczy i skrzeczy. Zasypiam szybko pod moskitierą. Zły pomysł Rezerwat Dong Ampham leży pomiędzy rzekami Xe Kaman i Xe Sou. W rzeczywistości nikt nie zajmuje się tu ochroną przyrody. Coraz większym problemem jest nielegalny wyrąb drzew i kłusownictwo. Obecnie World Fund for Nature prowadzi tu pilotażowy program ochrony, obejmujący całą centralną część Gór Annamitowych. Na razie prace nie wykroczyły poza fazę projektu. Amerykanie nazwali ten obszar Krainą Indian określając w ten sposób około 50 grup plemion zamieszkujących obie strony Łańucha Annamskiego. Przed wojną wiele plemion nie miało nawet swoich naczelników. Wiele z nich dołączyło do Pathet Lao, komunistycznego ruchu współpracującego z czerwonym Wietnamem. - Yai, możesz zapytać naczelnika ilu tu było białych przede mną? - Virginia z mężem. Za ich życia. Wcześniej była tu ekspedycja francuskich geologów za czasów kolonialnych. Mierzyli głębokość Nong Fa. Do dziś nie wiadomo jak jest głębokie, bo ma bardzo grząskie dno. Podobno byli też rosyjscy naukowcy. Około kilometra za wioską stajemy przed decyzją – albo forsujemy rzekę albo idziemy przez wiszący most. Rzeka ma dużo silniejszy prąd niż wczoraj. Odpada. Most wisi jakieś 5-7 metrów nad nurtem. Jest stary, pęka i projektowali go ludzie bez większej wiedzy o konstrukcjach budowlanych, ważący nie więcej niż 50 kg. Ja ważę 85, a mój plecak 20. Nie ma wyjścia. Yai przeszedł szybko i sprawnie. Role się odwróciły. Będą problemy. Most jest długi na około 15 metrów. Idę powoli po najgrubszych palach trzymając się kurczowo lianów. Z każdym krokiem wątpię coraz bardziej w sens tej decyzji. W okolicach środka gdzie most wisi najniżej zaczynam się bać. Wreszcie bać panicznie. Wszystko zaczyna zgrzytać i trzeszczeć. Potem patrzę tylko w dół. Staję zdrętwiały i sparaliżowany. Pod lewą nogą chrupie. Wytrzyma? Nie wytrzyma. Lewa noga wpada na dół. Chwytam się kurczowo lianów. Dalej już mało pamiętam. Na brzegu potrzebowałem kwadransu, żeby dojść do siebie. - Yai, nie wiem jak ty, ale ja z powrotem idę przez wodę – oznajmiam. Do następnej osady zostało nam bite dwanaście godzin wyczerpującego marszu wąską ścieżyną po stromych górach. Późnym zmierzchem pojawiają się pierwsze oznaki ludzi – ślady bydła, odchody, pokrzykiwania. Jesteśmy w Young Dak. Coś na specjalną okazję Wieś jest o wiele większa od Kaleum Namja. Mieszka tu kilka wietnamskich rodzin, które przybyły zza drugiej strony gór. Od dawien dawna kwitła tu wymiana handlowa. Wietnamczycy przywozili cenną jak skarb sól. Teraz przyjeżdżają również po złoto i drewno W Wietnamie niemal doszczętnie wycięto lasy. Dziś gości nas człowiek, u którego nocował już Yai. Moją uwagę zwraca jego nieproporcjonalnie duża głowa w porównaniu z resztą wątłej postury. Nie pamiętam jak ma na imię. Nie zanotowałem. Nosi pedantycznie zaczesane włosy. Ma 40 lat i jest niezwykle miły. Tu każdy gość jest darem, czymś wyjątkowym i niecodziennym. Zabijamy kurę i przyrządzamy posiłek. Ich jadłospis zamyka się w kilu słowach – ryż, od święta mięso, cebula, chili i kilka gatunków owoców. Dołącza do nas udomowiona małpa, wyczyniająca cuda przy palenisku. Późnym wieczorem następuje ceremonia powitania białego przybłędy. Yai oznajmia – oni mają coś specjalnego dla ciebie. Na macie ląduje stara, zapajęczona butelka. Wyleżany bimber z ryżu jest gęsty, wyśmienity. Piją go tu wszyscy. Rozpowszechniony jest też rytuał picia lao-hai – wina z ryżu ze słomek ze wspólnego wielkiego słoja.. Wiele osób uprawia też tytoń palony w zawijanych, świeżych liściach. Kilka pociągnięć zwala z nóg. Dzisiaj po raz pierwszy zaobserwowałem pewien element mowy, głoskę, może słowo. Musi być to znak potwierdzenia, zgody, akceptacji, nasze “acha”, “rozumiem”. Najbardziej nosowy dźwięk, jaki słyszałem – ciągły, dosyć długi, opadający, słyszany tylko u mężczyzn i do reszty mnie absorbujący. Mała czarownica Ostatni dzień marszu do Nong Fa to trudny, wyczerpujący marsz w upale i duchocie. Lotnicy amerykańscy nazywali Nong Fa “Dolar Lake” z racji niemal idealnie kolistego kształtu. Traktowali go jako punkt orientacyjny. Zaraz za nim zrzucali bomby na Ho Hi Minh trail, będący szlakiem zaopatrzeniowym dla Wietnamu południowego. Nong Fa znajdowało się wówczas około siedmiu dni marszu od najbliższej ścieżki ludzkiej. Do dziś nie wiadomo, jaka jest jego powierzchnia. Wiadomo jedno – kula wystrzelona z AK 47 z jednego brzegu nigdy nie osiąga przeciwnego. Jezioro jest jedynym w Laosie kraterem wulkanicznym. Gdy zawzięcie rozmawialiśmy, nagle trzech ludzi zagrodziło nam drogę. Każdy miał karabin. - I co teraz Yai zastrzelą nas? – pytam spokojnie przeczuwając dobre intencje napotkanych. -Bez nerwów, to ochrona kopalni złota. Odpalą każdego, kto się będzie dobierał bez pozwolenia do złoża. Widzisz, tam na zboczu – pokazuje. Krótkie wyjaśnienia wystarczyły. Yai opowiada jeszcze o Nong Fa. - Pod koniec lat 80 jezioro bulgotało jak zupa przez siedem dni. - Wiesz dlaczego? - Nikt ni wie. Ale jest nieprawdopodobne, że dokładnie w tym samym czasie w Rosji trwało trzęsienie ziemi. Dla mieszkańców prowincji Attapeu to miejsce święte i magiczne. (informacje zweryfikowałem – przyp.A.M.) Krystaliczną taflę jeziora otaczają turkusowe wierchy pokryte zasiekami dżungli i niewyobrażalną liczbą niewybuchów. Kilka godzin drogi stąd jest granica z Wietnamem. Nad Nong Fa leży wioska o tej samej nazwie, usytuowana na wyniosłym stożkowatym pagórku złożona raptem z kilku chat na palach. Wygląda jak średniowieczna twierdza. Nie widać żadnych pól. Góry, jezioro, kilka świń i hałasujący pies, którego szczekanie niesie się daleko po okolicznych dolinach. Jest nienaturalnie chłodno. Zza gór wschodzi księżyc w pełni, tak olbrzymi jak wczoraj. W chacie zza oczek czarnej moskitiery w blasku ognia z paleniska błyskają szczudła, całe kiście sideł, broni i noży – wszystko, co jest potrzebne żeby upolować jedzenie dla siebie i wygłodniałych dzieci. Wszystko zdaje się wystrugane, wyżęte, wycięte, wyheblowanie. Zanim wróci gospodarz siedzą z nami starsza kobieta i nastoletnia córka, obie z umorusanymi sadzą twarzami i kołtunami w rozcapierzonych włosach. Obie spoglądają dziko i niezmiennie badawczo. Dziewczyna skrzeczy zza skwierczącego ogniska rozwierając szeroko buzię, pokazując brak dwóch jedynek. Zjawia się ojciec. Rzuca na ziemię dwa tęgie szczury. Będzie na śniadanie albo na obiad. Częstują mnie łodygami trzciny cukrowej i kawałkiem jakiegoś ptaka. Niemal rzucają mi się do nóg, gdy zostawiam im całą resztę moich zapasów. W pewnym momencie mała czarownica w obłędzie i niepojętym amoku wybiega, wyskakuje z chaty i pędzi ile sił w nogach w kierunku łuny księżyca na jeziorze, wykrzykując przy tym w niebogłosy. Nie wierzę własnym oczom. Gdybym tego nie widział, nigdy bym w to nie uwierzył. |