|
Elbrus jak cały Kaukaz to góra sporów. Zwana „śnieżną górą, Małą Antarktydą, przez Rzymian uważana za najwyższą na świecie, położona na granicy Federacji Rosyjskiej i Gruzji, uznawana przez jednych za banalną do zdobycia, przez drugich za trudną i niebezpieczną, przez jednych za najwyższy szczyt Europy, przez innych za masyw leżący na kontynencie azjatyckim, górę turystyczną, na której temat napisano mnóstwo sprzecznych informacji i na dodatek nie wiadomo tak do końca, kto stanął pierwszy na szczycie. Jak jest w rzeczywistości? Warto ten temat nieco uporządkować. Prosto z Nalczika kierujemy się marszrutką do osady Elbrus na kamping prowadzony przez sympatyczne małżeństwo rosyjskie. Jestem w Republice Kabardyno-Bałkarii. Wszelkie formalności, czyli meldunek i pozwolenie na poruszanie się w strefie przygranicznej załatwiają za nas właściciele w niedalekim Tyrnauzie, co zajmuje dwa dni. W tym czasie jest wystarczająco dużo czasu, żeby rozprostować kości i rozgrzać się przed wyruszeniem w masyw. W związku z tym, że nie mamy jeszcze wszystkich papierów uprawniających do poruszania się w strefie przygranicznej, decydujemy się na trekking na pobliską górę. Jak się okazuje pokonujemy ponad tysiąc metrów przewyższenia i delektujemy się rozległą panoramą poszarpanych wierchów od Uszby po kolosalny wał Elbrusa. Z każdą minutą ożywione przedzierającymi się przez chmury ostrymi promieniami kaukaskie łąki zaczynają zdradzać swoją immanentnie żywą zieloność, tak naprawdę stanowiącą o niebywałym uroku Kaukazu. Gdy schodzę, zachodzące słońce z wielkim kunsztem opala skostniałe zerwy Uszby, przekornie rozjaskrawiając całe połacie po sam masyw Elbrusa. Wydaje się jednak, że za pierwszy cel aklimatyzacyjny rozsądniej obrać szczyt Czeget (3600 mn.p.m.), na który do wysokości 3200 wjeżdża się kolejką. Niedługie podejście pozwala zachować świeżość, a wysokość umożliwia rozpoczęcie procesu aklimatyzacyjnego. Z Elbrusa do Azau, gdzie znajduje się dolna stacja kolejki, jedzie się około 10 min. Po drodze należy koniecznie zarejestrować się w Służbie Ratowniczej w Tyrnauzie, w którym można również wymienić pieniądze w banku. Istnieje również możliwość wypożyczenia krótkofalówek. Wpisuję liczbę uczestników i planowaną datę powrotu.. W Azau rzuca się w oczy komercyjna strona Elbrusa - kioski z mapami, sklep ze sprzętem turystycznym, restauracje, taksówkarze. To ostatnia szansa, żeby wymienić pieniądze u kobiet handlujących wełnianymi ubraniami. Rezygnujemy z pierwotnego pomysłu podchodzenia do Prijuta od Azau. Ciężkie plecaki dają się we znaki. Poza tym zwabieni dobrą prognozą pogody na najbliższe dni decydujemy się przyspieszyć atak. Najpierw kolejka wwozi turystów do pierwszej stacji Krugozor (2900 m n.p.m.), następnie kolejna do stacji Mir (3600 m n.p.m). Ostatnią krzesełkową (nie pracuje przy silnym wietrze) osiągamy ostatnią stację, popularne Beczki (3800 m n.p.m.). Kremy idą w ruch i po chwili ruszamy w umiarkowanej mgle w kierunku Prijuta. Marsz zajmuje nam około 2 godzin, ale nie założenie raków okazuje się błędem i skutkuje moim bolesnym upadkiem w niewielkiej szczelinie. Prócz niewielkiej senności i charakterystycznego uczucia błogości nie dopadają mnie żadne objawy choroby wysokogórskiej. Przy Prijucie 11 można rozbić się w ruinach dawnego schroniska, co skutecznie osłania przed wiatrem. W sezonie bardzo trudno jednak znaleźć tam miejsce, co zmusza nas do rozbicia namiotów nieco dalej na jednej z licznych kamienistych platform. Łopata śnieżna o tej porze roku (sierpień) okazuje się całkowicie zbędna. Na wysokości Prijuta lodowiec wypuszcza wiele strumyków, co pozwala oszczędzić czas na żmudne topienie śniegu na posiłki. Niebo przybiera już dobrze znaną barwę szafiru . Jaskrawy śnieg, rozdrapane szczelinami lodowce, morze chmur, trzepocące namioty – jesteśmy w górach wysokich, w „Małych Himalajach”. Kolejny dzień w całości przeznaczamy na aklimatyzację podchodząc do Skał Pastuchowa (4700 m n.p.m.). Z namiotu wygania mnie fantastyczna pogoda i panorama Kaukazu. Podejście pod Skały jest technicznie banalne. Poważnym niedociągnięciem okazuje się brak w wyposażeniu czapki osłaniającej kark i uszy od przygniatającego słońca. Okulary lodowcowe są absolutną koniecznością. Na Skałach spędzamy kilka godzin łapiąc w płuca coraz to rzadsze powietrze. Jutro na pewno będzie nam się lżej szło. Pobudka o 1.00. W wyprawach wysokogórskich najbardziej nie lubię dwóch elementów - wychodzenia w nocy ze śpiwora i wychodzenia w nocy z namiotu. Mam wrażenie, że społeczność wysokogórska dzieli się na tych, którzy nie lubią wychodzić w nocy ze śpiworów i namiotów i na tych, którzy nie chcą się do tego przyznać. Zakładam na siebie kurtkę puchową, wkładam czołówkę i zabieram się do gotowania i przygotowywania do wymarszu. Pakujemy do plecaka termosy, energetyczne dopalacze, zapasowe ubrania i gogle. Wszystkie czynności zajmują nam niemal dwie godziny i o trzeciej ruszamy żwawym krokiem w kierunku Skał Pastuchowa w towarzystwie licznych międzynarodowych ekip. Około piątej rozjaśnia się. Wschód na Kaukazie - ciepła herbaciana poświata nad trupim cmentarzyskiem gór. Niebywały kontrast. Jak na całym Kaukazie. Robi się zdecydowanie cieplej, przede wszystkim w stopy. Atakowanie szczytu w zwykłych trekkingowych butach może się skończyć odmrożeniami. Na Elbrus prowadzi dobrze wydeptany w sezonie szlak pnący się zakosami początkowo stokami Wschodniego Elbrusa, następnie trawersując jego zbocza i poprzez przełęcz Siodełko (5416 m n.p.m.) wprowadzając na niewybitny wierzchołek wyższego Elbrusa Zachodniego. W wielu relacjach podkreśla się, że wejście na szczyt jest nawigacyjnie niezwykle proste ze względu na tyczki rozmieszczone na całej trasie. Radzę na to nie liczyć! Tyczki są bardzo słabo widoczne i rzadko rozstawione, a na przeważającej części szlaku nie ma ich w ogóle. Techniczna łatwość góry skazuje ją na dzierżenie miana góry turystycznej i bycie polem do popisu dla najdziwniejszych pomysłów jak atakowanie szczytu z rowerem czy motorem. Mniej więcej od 5000 m n.p.m. coraz rzadsze powietrze spowalnia tempo. Idzie się coraz ciężej. Trawersując stok obserwujemy po lewej rzeźbę lodowca. Poruszanie się po nim we mgle nie raz kończyło się fatalnie. Raptowne załamania pogody, mgły, wichury i związane z tym pobłądzenia są najczęstszą przyczyną wypadków śmiertelnych. Przy gęstej mgle Elbrus radykalnie zmienia swoje z pozoru łagodne oblicze. Warto zaopatrzyć się w GPS i starannie wprowadzić waypointy na trasie. Do tego temperatura potrafi spaść latem nawet do minus 30 stopni. W masywie góry wielokrotnie trenowali rosyjscy polarnicy. Elbrus pokrywa około 140 km kwadratowych lodowców spływających północnymi stokami na stronę europejską, co dla wielu jest koronnym argumentem na przypisanie szczytu kontynentowi europejskiemu. Po kilku godzinach osiągamy Siodełko, na którym odpoczywam dłuższą chwilę przed ostatnim stromym podejściem. Na tej wysokości wiele osób dopada już choroba wysokościowa. Zawroty głowy, wymioty, nudności, apatia, halucynacje to chleb powszedni na tej momentami obleganej górze. Najbardziej dokucza mi coraz bardziej uciążliwy brak snu. Wreszcie stajemy na szczycie. 5642 n.p.m. Przed nami rozległa panorama Gruzji, jeszcze bardziej zielonej i słonecznej. Ciekawa jest sama historia zdobywania szczytu. W 1829 roku na rozkaz rosyjskiego generała dowodzącego kaukaską linią obronną zorganizowano ekspedycję, której celem miało być zdobycie wschodniego szczytu Elbrusu. Ekipie naukowców towarzyszył oddział 350 Kozaków oraz oddział 650 żołnierzy z dwoma armatami. Po noclegu na w okolicach obecnego "Prijuta 11" na przełęcz Siodło dotarły jedyni cztery osoby, a na szczyt po 11 godzinach wspinaczki wszedł już tylko miejscowy przewodnik Kiłłar Chaszirow. Po zejściu do obozu czekała na niego nagroda - 400 rubli i kupon drogiego sukna. Zdobycie zachodniego wierzchołka miało miejsce dopiero w 1874 roku za sprawą grupy Anglików z lokalnym przewodnikiem, Achija Sotajewem mającym wówczas 86 lat. Sotajew, klasyczny wytwór niezniszczalnych obywateli „Matuszki Rasjii” zmarł w wieku 130 lat, a pochowany został wśród ukochanych gór, w okolicach miasta Tyrnauz. Pierwszą osobą, która zdobyła obydwa wierzchołki góry, został w latach 90. XIX wieku rosyjski topograf A.W. Pastuchow (jego imię upamiętniają charakterystyczne skały przy szlaku na Elbrus). Na zachodnim szczycie Pastuchow zostawił butelkę ze stosownym zapisem – 50 lat później znaleźli ją rosyjscy alpiniści. Bardzo silny wiatr przegania nas na dół. Schodzi się bardzo sprawnie i szybko. Pędzę w dół w kierunku ciepłego śpiwora i jedzenia. Elbrus traktowałem jako poligon doświadczalny. To dobre miejsce, żeby popróbować się z wysokością i sprawdzić swoje możliwości. Przecież Elbrus to jeden ze szczytów Korony Ziemi. Ale warto tu przyjechać przede wszystkim dla fantastycznych widoków i kontaktów z jak zwykle otwartymi, życzliwymi i do bólu towarzyskimi Rosjanami. Andrzej Muszyński |