Być może Tarzan żyje. Ale wcale nie ma się dobrze.
WERSJA PDF Z FOTOGRAFIAMI

Andrzej Muszyński
Foto: Tomek Gola
Nikt nie wie jak informacja o jej znalezieniu wydostała się na zewnątrz. Nawet jej ojciec. Zresztą, co to za głupie pytanie, ojciec ma teraz taki problem, że głowa boli. Kiedy przyjeżdżam nie ma go w domu, bo jego syn miał wypadek samochodowy. Zderzył się z ciężarówką z drewnem, które przygniotło na śmierć pasażera. Syna zamknęli w areszcie i chcą 3 tysiące dolarów. – Chyba jako kaucja za wypuszczenie – ojciec właśnie wrócił i jest załamany. Trzy tysiące dolarów, dla człowieka na emeryturze, 25 dolarów miesięcznie, z czego urząd podatkowy potrąca pięć, a te 20 dostaje raz na dwa albo trzy miesiące, w domu 12 ludzi do wyżywienia. W tym ona.
No więc, jak wydostała się w świat informacja? Cholera wie. Ale kiedy dzieje się cos takiego, jest sensacja. O takich dzieciach mówi się - feralne (ang. feral children). Byli nimi Romus i Remulus wychowani przez wilczycę, znalezione w 1920 r., hinduskie dzieci Kamala i Amala wychowane również przez wilki, członek moskiewskiej gromady psów Ivan Mishukov, czy znaleziona w tym roku żyjąca z psami 5-letnia Natasha Mikhailova, szczekająca i chodząca na czterech kończynach.
Cały świat obiegły nagłówki: “Tarzan żyje, jungle lady z Kambodży, żeński Tarzan odnaleziony!, po 19 latach odnaleziono w dżungli dziewczynę!” I zaczęło się. Nalot dziennikarzy, największych stacji telewizyjnych, doktorów. Wszyscy chca sfotografować, sfilmować i dotknąć Tarzana. Jak to możliwe? Dziewczyna 19 lat w dzungli? Sama? Ze zwierzętami?
Jej ojciec, Sal Lou mówi, że w tym roku jesteśmy pierwszymi dziennikarzami w ich domu. Zamieszanie się skończyło. Gaworzymy przy ławie na podwórzu. Ktoś leży na hamaku, ktoś coś skubie, gdakają kury. Myślałem, że to wioska w sercu dżungli na końcu świata, a tu asfalt, motory, samochody, sklepy. To tu, w miejscowości Oyadao, mieszka najslynniejsza Kambodżanka z rodziną należącą do mniejszości etnicznej Phnong.
W ogóle byłem sceptycznie nastawiony do tej historii. Policzyłem, że spędziłem w dżungli łącznie około 8 tygodni i nie jestem w stanie uwierzyć, że mała dziewczynka przeżyła w tym zielonym piekle 19 lat. Poza tym jestem otępiały duchotą, lepka wilgocią, jakimś dzisiaj brudnym, mętnym słońcem i samą podróżą. Droga do prowincji z Rattanakiri zajmuje w porze suchej dwanaście godzin, z czego ostatnie kilka po dziurawym, gliniastym trakcie, który w szczycie pory deszczowej zamienia się w coś, co miejscowi nazywają “czerwonym śniegiem.” - koła grzęzną w błocie, 17-tysięczna stolica prowincji Ban Lung zostaje odcięta od świata.
- To co możemy ja zobaczyć? – podnoszę się.
- Chodźcie na górę.
Chata stoi na wysokich palach, drewniane schody skrzypią, kiedy wchodzimy do ciemnego pomieszczenia na górze. Mija zmęczenie, rozszerzają się żrenice, w brzuchu łaskocze adrenalina. – To ona – oznajmia ojciec.
W rogu pokoju stoi drewniana rama łóżka. Prócz niego nie ma nic albo jest na tyle nieistotne, że nie pamiętam. Chyba jakaś mata. W ramie łóżka lezy dziewczyna. Jedna noga wyprostowana, druga zgięta w kolanie, twarz zaslonięta ręką. Czarne włosy, śniada, półnaga.
Powiedziano o tej historii bardzo duzo. Tak dużo, że zaczęły się piętrzyć sprzeczne informacje. Jedni mówili, że znaleźli ją na polu przy wsi, inni, że w lesie, jedni, że miała oczy czerwone jak wilk i poruszała się na czterech kończynach, inni, że nie – wszystko prestiżowe, światowe media. Żeby dociec jak było naprawdę, trzeba działać jak detektyw.
Trzeba ustalić pierwszy fakt – kiedy i jak zaginęła? Ojciec opowiada spokojnie i bez emocji.
1989 r. Kuk Phnong, wioska w odległej prowincji Rattanakiri przy granicy z Wietnamem. Kambodża ciągle grzęźnie w wojnie domowej. Ledwie 10 lat temu skończył się bestialski terror Czerwonych Khmerów, którzy zaminowali kraj i prowadzą działania partyzanckie. W kraju kwitnie bandytyzm. Ośmioletnia Rochom P'ngieng pasie bydło z resztą dzieciarni na łąkach przy dżungli. Nie robiła by tego, gdyby nie jedno wydarzenie. Umarła jej młodsza siostra i ojciec musiał zarobić pieniądze, żeby spłacić pogrzeb. Ostatnio cały czas siedzi i łowi ryby na sprzedaż albo płuka złoto, więc poprosił wyjatkowo córkę, żeby wyszła w pole. W południe dzieci chowają się w chacie na łące i zajadają na obiad prowiant z domu. Czekają, aż przejdzie największy ukrop. Nagle jeden z chłopców zauważa, że uciekł bawół i wysyła małą na zewnątrz. Czekają. Nie wraca. Zaczynają ją szukać. Znajdują ślady, które giną w brudnym błocie. Wtedy ginie też jej kuzyn. (Mało wiemy. Jak? W czasie poszukiwań?)
Czy to realne? Spróbuję odpowiedzieć w ten sposób: po kilku obrotach w równikowej gęstwinie bez GPS-a i kompasu kompletnie tracę orientację.
Zaczęły się poszukiwania. Rodzice próbują wszystkiego. Wróżki, magowie, ofiary ze zwierząt. Ile?
- Dwa byki. I świnie. Ale świń tyle, że nie pamiętam ile. I kury – wylicza Sal Lou. Po roku rezygnują. Dwa lata później przenoszą się do Oyadao.
Trzeba ustalić drugi fakt. Kto, kogo i gdzie znalazł w 2007 r.? Ojciec mówi, że dziewczynę znaleźli trzy lata temu mężczyźni z pobliskiej wioski. Muszę mieć informację z. pierwszej ręki. Jedziemy. Droga do wsi Tein zabiera około pół godziny. Zaraz za Oyadao skręcamy w czerwoną drogę, wijąca się przez dżunglę. Wreszcie mam okazję się jej przyjrzeć. Jest inna niż w Afryce i Amazonii, bardziej soczysta, gęsta. Niższe piętra zajmują splatane, zielone zasieki, których wycinanie maczetą musi oznaczać tropikalną gehennę.
Zmierzcha.
- Możesz się zapytać tego gościa o tych ludzi? – proszę Bonę, mojego tłumacza, napotykając pierwszego człowieka.
Zamieniają parę zdań.
- Nie da rady. On w ogóle nie rozumie po khmersku. Mówiłem ci, ze są mniejszością etniczną.
Podchodzi ktoś inny. Zna drogę, wskakujemy na motory.
Podjeżdżamy pod chatę, zsiadamy, wspinam się po stopniach wyciętych w palu opartym o przedsionek. Wokół zbiera się tłum ludzi, przyglądający się całemu zamieszaniu.
Gospodarze są nieśmiali, odpalają domowe cygara i każą się rozgościć.
- Panie Mors Kor, jak pan ją znalazł?
- Było tak: poszliśmy w trójke do dżungli narąbać drewna (godzina marszu). Zabraliśmy troche ryżu na przekąskę. I rąbiemy to drewno. Nagle patrzę, a tu z worka zniknął ryż. I zacząłem się przyglądać. Nagle się pojawiła. Przeraźliwie chuda, naga, ciemna.
- Włosy. Jakie włosy?
- Do ramion.
- Na czterech kończynach?
- Nie. Normalnie jak człowiek.
- Czerwone oczy?
- Nie. Normalne.
- I co?
- Uciekła.
- I co?
- I poszliśmy do domu.
W wiosce puścili wici, co widzieli. Podobno już wcześniej ludzie widywali dziwną istotę w lesie, ale zawsze uciekała. Wiedzieli, że komuś, gdzieś, kiedyś zginęła córka. Zresztą, nic nowego .W tych stronach dzieciaki często gubia się w dżungi, ale zwykle odnajduja się po paru dniach. Czasem giną nawet dorośli. W 2004 r. z dżungli wyłoniło się 34 ludzi z górskich mniejszości etnicznych, którzy ukrywali się w niej od obalenia w 1979 r Czerwonych Khmerów., których wspierali.
Ludzie dobrze wiedzieli, komu zginęła kiedyś córka. Przeciez policjanta Sal Lou znają wszyscy. Ten wsiadł na motor i pojechał do Tein. Postanowili zrobić podobny numer następnego dnia.
W tym samym miejscu w lesie postawili worek z ryżem i zaczaili się w krzakach. Przyszła. Podbiegli i ją złapali. Ojciec spojrzał na jej rękę, pokrytą bliznami, dokładnie takimi jakie nabawiła się jego córka zanim zaginęła. – To moja córka – ciekawe czy powiedział to tak łamliwym głosem jak teraz, 20 lat później. Dziewczyna nabawiła się blizn od ucięcia nożem na prawej ręce w czasie dziecięcych zabaw z rodzeństwem. Prócz tego na lewej ręce Sal ujrzał o wiele większą bliznę, do złudzenia przypominającą ślady po sidłach na zwierzęta.
Mamy dwa niepodważalne fakty. W 1989 r. policjantowi Salo Sou z Kuk Phnong zginęła córka, 19 lat później trójka mężczyzn z Tein znalazła w dżungli pół-dzika istotę. Ale co dalej?
W dżungli groziło jej niemal wszystko: węże na czele z kobrą króleską, tygrysy, malaria, głód, upał, chłód, owady, roje pijawek. Spokojnie można by wymieniać do końca tej strony. Ale to jest jasne.
Pytam o zdanie mieszkańców wsi:
- Wierzę, że to prawda. Pamiętam jaka była ciemna jak ją przywieźli, ale nie mam pojęcia jak przeżyła tam 19 lat. Nie pytaj.
Spoglądam na mapę. Jak obszerna jest dżungla w tym rejonie? Ile można iść, nie napotykając nikogo? Nie jest potężna. Choć ojciec podkreśla, że 20 lat temu była o wiele większa. Poza tym mogła sobie uwić gniazdo i w nim żyć, poruszając się w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Czy człowiek w takiej sytuacji próbuje brnąć przez siebie czy raczej barykaduje się i oswaja nową, ekstremalną rzeczywistość (Robinson Cruzoe)? Ja brnąłbym w amoku, aż natknąłbym się na ludzi. A jeślibym się nie natknął? A 8-letnie dziecko, zagubione, przerażone, po kilka tygodniach poszukiwania ucieczki do mamusi? Kiedy dziecko godzi się, że zamiast mamusi będą już tylko pająki, bagna, żmije, małpy?
W 2006 roku zgubiłem się w dżungli. Też w Kambodży. Probowałem zdobyć z dwoma tubylcami i rozmówkami khmersko-angielskimi w ręku najwyższy szczyt Kambodży w Górach Kardamonowych. Byliśmy dwie godziny od szczytu, zawiesiliśmy hamaki, zostawiliśmy niemal wszystko w obozie i ruszyliśmy. Faktycznie, po dwóch godzinach dotarliśmy na szczyt i zaczęliśmy schodzić, schodzić i schodzić, zmierzchało, wdepnęliśmy w jakieś bagna, potem nerwowe susy stromo pod górę, pod górę, pod górę przez pajęczyny, konary, chaszcze, ginąc wreszcie w ciemności, kasującej świat jaki znam. Carte noir. Przykucnęliśmy obronnie na stoku. Odpalili papierosy i zobaczyłem ich twarze. - Jest źle - wyrzucił z siebie z dymem Pat. A potem nerwówka, wilgoć, chłód, paniczne szukanie w plecaku świeczki (bez tego nie będzie ognia), żeby była, nie ma, jest (!), rozpalanie ognia, dmuchanie w żar, z lewa, prawa, zmiana, następny, jakieś szerokie liście na ziemię, próba zaśnięcia, staczanie się w dół stoku, w głowie ciagle kobry i tygrysy.
Hamaki znaleźliśmy po 31 godzinach bez jedzenia i 17 bez wody. Byliśmy poranieni, zmaltretowani, słabi.
Rochom P'ngieng kuca nocą na ziemi, coś trzaska na lewo, potem trochę wyżej, nagle nad głową, teraz za plecami. Boi się. Rozszerza oczy, obejmując kurczowo kolana - może dlatego łatwiej mi wyobrazić sobie taką scenę i to co mogła wtedy czuć. I może dlatego trudniej mi pojąć jak przeżyła, mimo świadomości, że jest to realne - dżungla daje wszystko, jeśli zna się instrukcję obsługi i przestrzega jej zasad.
Mam wrażenie, że wielu reporterów najpierw stawiało tezę, a później szukało argumentów. Albo po prostu wątpili. Po pierwsze - włosy. Tarzan z krótkimi włosami w dżungli?
- To jak z tymi włosami? – pytam Soni, młodszą siostrę dziewczyny,
- Odkąd ją znaleźliśmy, strzygliśmy ją jeden raz. Parę dni temu. Ładna fryzura, prawda? Nawet jej pofarbowaliśmy włosy na czerwono – usmiecha się pięknie od ucha do ucha.
- Ok. ale jak możliwe, że miała krótkie włosy w dzungli? Sama mówiłaś, że jak ją przywieźli wyglądała jak chłopiec i miała włosy do ramion.
- Ona cały czas grzebie w tych włosach i sobie podcina czymś ostrym. Nawet tu, w domu.
Do pokoju na górze wchodzi matka i karmi ją makaronem. – Lubi – mówi cicho. Kiedy ją znaleziono w ogóle nie potrafiła posługiwać się sztućcami. Potem szybko zaczęła się adaptować do cywilizacji i uczyć od ludzi. Miejscowi policjanci twierdzili, że reaguje na trzy słowa: mama, tata i ból brzucha. Kiedy była głodna, wskazywała palcem na usta. Kilka miesięcy potem ojciec pojechał do Wietnamu. Już by nie popełnił tego błędu, ale kto to mógł przewidzieć? Wybrał się do czarodzieja, zapytać go – co działo się przez 20 lat z jego córką? Mag nie odpowiedział, a od tej pory coś się zaczęło psuć. Dziewczyna jakby się cofnęła w aklimatyzacji, było coraz gorzej, tym gorzej im częściej zaczęła zdzierać z siebie ubranie i uciekać do dżungli. W 2007 r. zniknęła na 9 dni. Znaleziono ją jakimś cudem w pobliżu domu. Dlatego teraz trzymaja ją w zamknięciu i cały czas pilnują. Kąpią ja na zewnątrz, choć przez dwa ostatnie dni nie było potrzeby, bo lał deszcz, a ona się w nim pluskała.
Rochom P'ngieng nie opowie co się wydarzyło w czasie jej nieobecności. Nie mówi. Zanim zginęła, uwielbiała rysować i wycinac z papieru kwiatuszki. W ogóle była pogodną dziewczynką. Teraz wydaje z siebie dziwny głos, najczęściej nocą. Nikt nie rozumie tego języka. W czasie mojego pobytu wydobyła z siebie kilka dżwięków. – Ciiiiii! – uciszyłem wszystkich. Mam nagrane na dyktafonie koło 15 sekund. Przesłuchałem to wiele razy, starając się opisać ten dźwięk. Już nie mam wątpliwości: tak mówi małe dziecko, zamyślone, zajęte jakąś zabawką, same, spokojne, mamroczące, jakby próbujące niezdarnie nucić. Mówiono, że dziewczyna rozpoznaje niektóre słowa plemion Jarai, co mogłoby sugerować, że spędziła z nimi jakiś czas.
Dziennikarze wysuwali kolejną wątpliwość – jak to możliwe, że kiedy ją znaleziono, prosiła, żeby zabrać ją do mamy, skoro nie mówi? – Nie wiem o co chodzi. Ona nie mówi. – mówi smutno ojciec.
Kiedy ją zobaczyłem w tej pustej ramie odechciało mi się tego reportażu i fotografowania jej w tropikalnej scenerii. Długo myślałem co w zasadzie wyrażają jej oczy, w które niełatwo spojrzeć. Kuca przy ramie (na zewątrz), obraca się tyłem, opiera się bokiem o futrynę, nagle otwiera drzwi i chce wyjść na zewnątrz. Ojciec wstaje, podchodzi i krzycząc, szarpie ją z powrotem. Dziewczyna staje obrócona tyłem przy ścianie. Nie mogę na to patrzeć.
- A może wy ją powinniście puścić do dżungli? Może tam jej już lepiej?!
- A puściłbyś swoją córkę do dżungli? Nawet nie staram się odpowiedziec.
Dziewczyna nieśmiało spogląda wreszcie w moim kierunku swoimi czerwonawymi oczami, (zmęczonymi od ciemności, płaczu?), zdradzającymi trudną do pojęcia mieszankę apatii, bezsilności, agresji, desperacji i smutku. Podchodzę do niej, kiedy leży na ziemi. Chcę przyjrzeć się jej bliznom. Dotykam jej dłoni. Zero reakcji. Nie odpycha, nie zaciekawia ją, nie bada, nie dotyka. Po prostu nic. Jej dłoń jest absolutnie bezwładna i atroficzna.
Mnie jest jej po prostu bardzo żal, bez względu na to, co się stało. Tak wygląda ludzki dramat, o którym nie może nawet opowiedzieć, napisac, wywrzeszczeć czy wypłakać. Bo nawet niewiadomo, jaki jest stan jej świadomości. Czy pamieta czy nie pamięta? Może tęskni za swoimi małpami, może tęskni za swoim ulubiobym jeziorkiem, nawet jeśli czasem była głodna? A może śnią jej się po nocach koszmary, zimno, nocny trzask dzungli, syk, i równikowa, słodkawa ciemność?
Dlatego dajmy jej już spokój i nie traktujmy jej jak małpę w zoo. Pscychologowie podkreślali, że dla niej równie traumatycznym przeżyciem jest nalot dziennikarzy i cały ten cyrk wokół jej osoby. Ustalmy tylko jeszcze jeden fakt, który wyjaśni raz na zawsze tę zagadkę.
W 2007 r. do Oyadao przyjeżdża reporter brytyjskiego The Guardian. Pisze: ”Ojciec chce zrobić testy DNA, ale kiedy oferuję mu zabranie próbek do stolicy,
odmawia” Nie wyjaśnia dlaczego rodzice nie chcą nikomu dać materiału genetycznego. (nie zapytał?, nie powiedzieli mu?).
- Jesteśmy animistami. I my i sąsiedzi wierzymy w magię. Tu wszyscy wierzą, że oddanie części siebie musi przynieść na wioskę nieszczęście, że ktoś rzuci czar – tłumaczy mi ojciec.
Nie jestem w stanie posądzić tych ludzi o sfingowanie całej historii, o to, że kilka wiosek zamieszkanych przez mniejszości etniczne, często nie rozumiejące nawet po khmersku i nie wiedzące o bożym świecie wymyśliło sobie jungle girl, żeby przyjechało do nich BBC i jej tata zarobił troche pieniędzy, o to, że człowiek, któremu brakuje środków na żywność, przygarnia do domu kolejną, niepełnosprawną osobę, żeby zrobić show. Można ich posądzić o inne rzeczy, ale nie o to.
Ciągle brakuje dowodu koronnego: testu DNA. Wynik rozwiałby wreszcie mnożące się wątpliwości, insynuacje i bzdury. Trzeba podkreslić, że wynik pozytywny nie musi oznaczać, iż dziewczyna spędziła całe 19 lat w dżungli. Mogła przecież przez jakiś czas gdzieś mieszkać, być więziona (izolowanie ludzi chorych psychicznie w tych stronach nie jest niczym nadzwyczajnym), gwałcona, torturowana (pojawiły się takie tezy), nie mniej jednak musiała spędzić sporo czasu w dżungli, gdzie ją przecież znaleziono w opisanym stanie. Trudno w sensowny sposób wytłumaczyć całkowity zanik mowy.
Gdy starałem się ich uświadomić, co pisze o nich prasa na świecie, zdarzyła się rzecz niebywała. Sal wziął nóż, podszedł do córki, odciął jej kłębek włosów, po czym kilka swoich i mi podarował. Schowałem je do legitymacji dziennikarskiej.
Wróciłem do Polski i zadzwoniłem do firmy przeprowadzającej testy na ojcostwo.
- Proszę Pana, żeby zrobić test musi Pan mieć włosy z cebulkami. Nie mam. Nie wiedziałem. Sal przecież odciął włosy. Łapię za telefon i dzwonię do zaufanego Bony:
- Jedź po włosy z cebulkami. Jutro robię ci przelew na kuriera.
W tym tygodniu powinienem otrzymać materiał genetyczny. Poszukuje kompetentnego ośrodka, który przeprowadzi dla mnie badania i pomoże rozwiązać tę zagadkę. W razie wyniku pozytywnego - być może okaże się, że Tarzan żyje. Ale ma pewno nie ma się dobrze.
EPILOG:
Zaraz po moim powrocie dziewczynę zabrano do szpitala. Przez miesiąc nie chciała jeść. W szpitalu musiano ją cały czas pilnować, bo chciała uciekać. Ojciec zdecydował zabrać ją z powrotem do domu, gdzie bliscy mogą się nią zajmować na zmianę. Ojciec dziewczyny prosił mnie o przekazanie apelu:
PROSZĘ LUDZI Z BOGATSZYCH KRAJÓW O POMOC, O ZABRANIE MOJEJ CÓRKI DO OŚRODKA, KTÓRY SPRÓBUJE JĄ WYLECZYĆ I ZAADAPTOWAĆ DO ŻYCIA W CYWILIZACJI.
SAL LOU, OYADAO, KAMBODŻA
.