|
MAILE Z FEDERACJI Przecież nie jeżdżę tu dla kwasu chlebowego, który już zresztą znika z ulic. Albo barszczu ukraińskiego. Bez sensu. Podróże w te strony dają mi niepokojąco autentyczną sposobność do czegoś na kształt mdłych reminiscencji, cofnięcia się, okazję do hedonistycznych i obsesyjnych zarazem obserwacji, czegoś co już tam przeminęło, a tu przemija, podaną na tacy okazję do sytej, etnograficznej nostalgii, jakiejś tutejszej wersji perpetum mobile, podtrzymującej na duchu całą tą słowiańską rozpierduchę. Gdy jeżdżę na Ukrainę niebo ma zawsze kolor typowego siniaka. Zdaje się tak ciężkie i niestrawne, że cała ziemia w mig się do tego dostraja i blednie kompletnie załamana. Oczywiście nie mówię prawdy do końca. Kiedy byłem w Odessie, słońce rozjaskrawiło całą okolicę. Całe miasto wyglądało jakby chciało w ciągu jednego dnia zmagazynować jak najwięcej światła, poskładać to wszystko w murach, złotych kopułach, cerkwiach, garażach, blachach, kioskach, bulwarach, wgięciach, zaostrzeniach i wydęciach i rzygało na lewo i prawo nadwyżką promieni i swoją własną łapczywością. Kiedy jest szaroburo, każdy prześwit wydaje mi się chwilowym przewidzeniem, zamyśleniem albo przynajmniej stepową fatamorganą. Teraz kiedy to piszę niebo jest sino-granatowe, a strzeliste złomowiska jakiś przygranicznych fabryk i zakładów prześcigają się w swojej czernistości i starości. Idzie burza. Z radzieckich klat paruje. Najlepiej widać to u tego, który jedzie do Piatigorska, bo jest na ciemniejszym tle. Ukrainiec stempluje paszport i całe tony żelastwa ospale ruszają. Za oknem płaszczą się pulchne czarnoziemy, które Niemcy za II wojny wywozili ciężarówkami do Rzeszy. A może ja lubię tu jeździć tylko dlatego, że tu wymyślili słowa kalbaska i chliebuszek? Nie można tego wykluczyć. Poza tym Ukrainki i cała reszta to najbardziej kobiece kobiety na świecie. Może są ładniejsze – Hiszpanki, Wenezuelki, Libanki, Tajki i tak dalej, ale te są najbardziej kobiece. Obiektywnie nie pasują do pszennych głów ruskich mężczyzn i zardzewiałego świata permanentnej prowizorki. Choć teraz mi już pasują. W końcu wszystko zaczyna pasować do wszystkiego. Kwestia czasu. Najgorsza jest Ukraina zimą. Kiedy jechałem w Gorgany zimą musiałem nocować w Kałuszy koło Iwano-Frankijska w poradzieckim hotelu Astoria. Na rynku, na ogromnej płycie jedynym źródłem ciepła i światła są kawiarnie. Wyglądają jak rozbuchane portowe tawerny na arktycznych wodach, do których ściągają sztywne bryły statków. Zamawiam piwo, dwa albo trzy. Obok mnie siedzą młode diewoszki, piją szampanskoje i rozmawiają o życiu. Najgorzej jest rano o świcie. Wtedy nie ma źródła ciepła w ogóle i można zwariować. W Astorii było wesele. Wychodzi jeszcze świeżo wycięty ochroniarz i wsiada do łady. Poprawia mundur, który śmierdzi jak każdy męski mundur na świecie. Jedzie od niego gorzałą zaklętą w buchające z gęby drobiny mrozu i szronu na parę metrów. Ludzie przesuwają się po rynkowej zmarzlinie jak postacie z gier komputerowych, kiedy jeszcze nie opanowano techniki miękkiego kroku. Długie płaszcze zasłaniają nogi. Jak pionki w warcabach suną do fabryk, zakładów, sklepów, na szychtę w woal mlecznej mgły. Wydają się iść jak najszybciej w obłędnym w poszukiwaniu czegoś generującego ciepło. Wcale nie jestem przekonany, że coś za tą mgłą jest. Nie, na pewno nie jeżdżę tu, żeby popatrzeć, że inni mają gorzej. Wcale nie jestem tego pewien. Nigdy nie jestem tu niczego pewien. Bardzo możliwe, że właśnie dlatego tu jeżdżę. Federacja jest rozklekotana. Pierwszy raz sobie tak pomyślałem i pierwszy raz przyszło mi do głowy to słowo w wiosce Elbrus na Kaukazie. Zeszliśmy z jakiejś dużej, zielonej góry i była już noc. Było zimno i rześko jak u nas wczesną jesienią wieczorem. Jeszcze nie ma pary z ust, ale jak się wyjmie ręce z kieszeni i przyłoży do twarzy to jest przyjemnie stężała i zimna. Wioska jest rozwalona po całej dolinie. Niby jest główna droga prowadząca dnem doliny do osady Azau, ale nikomu nie przyszło do głowy, żeby to jakoś poukładać wzdłuż, wszerz, czy choćby w skos. Mniej więcej w środku tego bałaganu stoi osiedle złożone z rzędów bloków. Bloki w krystalicznych górach, na wsi wyglądają jak klasyczny wybryk paranoika. Na zbocza po obu stronach wtaczają się chałupy, kawałki dykt, szczątki murów, pół stodoły, ćwierć wiaderka i butwieją opustoszałe jakby opadły z sił, złapały zadyszkę i zaległy na pierwszym podejściu. Te bloki są w samym środku. Z góry, gdy nocą z prostokątów okien migają światła jak guziki, przypominają jakieś siermiężne centrum dowodzenia. Łatwo sprawdzić. Wystarczy wsiąść do pospiesznego w Krakowie, z Przemyśla pieszo przez granicę do Lwowa i stamtąd już albo bezpośrednio kuszetką do Piatigorska albo z przesiadkami np. na Charków. Z Piatigorska jeżdżą busy – marszrutki do Elbrusa. Razem jakieś dwieście złotych. Na blokowisku w blaszanym kiosku zamawiam piwo i siadam na ławce. Patrzę z tej ławki na osiedle i widzę całe stada bydła, plątającego się pomiędzy klatkami, trzepakami i podjazdami. Krowy przypominają tu przekupionych strażników jakiejś zmaterializowanej, ponurej groteski i egalitarnego niewybuchu. Z ławki widać doskonale wnętrza domów. Siedzę i patrzę w te okna jak na blade telewizory. Nawet nie trzeba przełączać kanałów. Wszystkie kanały są niemalże takie same. Siedzę i patrzę sobie na paręnaście żyć, o których nie mam zielonego pojęcia. Lubię patrzeć na cudze życia. Pocieszam się wtedy, że każdy je ma. W takich chwilach dopada mnie monotonna refleksja, co by było gdybym urodził się tu, a nie tam, i to najlepiej jeszcze kiedy indziej. Wiesz, taki rodzaj masochistycznych wypadów w krainę tej zasranej potencjalności, o której rozmawialiśmy, wypełniona na przemian świeżą ulgą albo dusznym przygnębieniem. W końcu dochodzę do wniosku, że wszystko jest niesprawiedliwe, co było zresztą punktem wyjścia. Koło trzepaka zjechały się białe i czarne łady. Młodzi goście, którzy wyglądają jak pomieszanie Czeczenów z Turkami palą w milczeniu cygarety. Tak, na południu, na jugie, jest śniado. Dziewczęta tańczą jak Turczynki. Widać, że południowe tradycje zdołały przegryźć się przez zwały Kaukazu i w najlepsze trwają w tej części Federacji. Nigdy nie widziałem tyle broni. Wysiada przykładowo z jakiegoś cywilnego samochodu gromada ludzi, mężczyźni, kobiety, zamawiają obiad w knajpie i kładą na stole kałachy. Z początku czułem się nieswojo, ale się przyzwyczaiłem. Federacja jest rozklekotana. Rozklekotanie funkcjonuje na wszystkich płaszczyznach, zaczynając od Państwa. Odrywa się Jakucka, klekota Buriacja, fiksuje narwany Kaukaz, nie mówiąc o Obwodzie Kaliningradzkim, o którym pamiętają chyba tylko spoceni od życia i niewyspania tirowcy, którzy o nim pamiętają z kolei tylko dlatego, że muszą tam jeździć. Rozklekotanie przechodzi płynnie poprzez poziom miast, wsi, osad, rozłożystych peryferii, peryferii będących jednak centrum i czegoś na kształt industrialnych podgrodzi na życie codzienne, nawet nie jego prozę, tylko jakiś bełkotliwy romantyczny poemat – łady, radio, pociągi, rynny, kontakty, drzwi, kible, poręcze, zapiekanki, samowary, chodniki, czajnik, barierki i przystanki. Czy ktoś kiedyś policzył ile w Federacji jest miast i miasteczek? Nigdzie nie mogę znaleźć takich danych. W każdym razie tyle jest rozklekotań. Ale, do czorta, czy człowiek mając do dyspozycji tyle hektarów zdał by się na heroiczną i ponadludzką myśl, żeby wybudować zwarte, szanujące przestrzeń obiekty i ośrodki?! To byłoby wbrew jego leniwej naturze i niezniszczalnemu poczuciu, że jest mądrzejszy od poprzedników, wbrew jakiemuś obłędnemu mounteverstyzmowi ogarniającemu intelektualną szpicę każdej generacji. Najlepsze jest to, że to rozklekotanie jest spoiwem 145 milionów ludzi. Ordynarny ład i porządek doprowadziłby chyba do jakiegoś narodowego lamentu i traumy, którejś tam rewolucji, a poważną część kuli ziemskiej opanowałby totalny zamęt i pożoga. Południe jest jednak inne od reszty. Na stacjach też oblegają pasażerów babuszki, ale sporo jest już śniadych ludzi, którzy sprzedają na lewo wino domowej roboty. Czerwone, kaukaskie. Jest gorąco i duszno i czuję, że jestem na południu. Tydzień temu przyjechałem o świcie do Nalczika. Z placu pod dworcem odjeżdżały zdezelowane busy do Groznego, do Czeczeni. Dobrze wiesz, że przyszło mi do głowy, żeby tam pojechać i zobaczyć jak to wygląda, ale Sasza mi to wyperswadował, tłumacząc, że tam bandit na banditie i że tam nawet ruscy nie jeżdżą. Ba, nawet Terek Grozny nie gra u siebie tylko gdzieś koło Piatigorska. Dużo ludzi ma orle nosy i mam wrażenie, że co drugi ma na imię Ruslan. W Nalcziku zapamiętam kawę. Wszedłem do jakiejś lokalnej jadłodajni i poprosiłem coś na śniadanie. Dostałem zimne naleśniki i kawę. Kawa była tak mocna, że brak mi słów. A ja wtedy miałem ochotę na mocną kawę. I była do tego gęsta. W zasadzie z tą kawą to było tak, że ona tak smakowała jakby specjalnie na moje przywitanie na Kaukazie – masz chłopie, walnij taką, to od razu będziesz wiedział, gdzie jesteś! Smakowała jak prosto z plantacji, a była z jednorazowej torebki. Nalczik to dziwne miejsce, przynajmniej dla mnie. Galimatias południowych ciemnych przedramieni z gęstymi włosami, południowa aktywność much związana immanentnie z obsrywaniem wszystkiego dokoła i tego natychmiastowym zasychaniem tworzyły dziwną kompilację z zakapiorskimi gębami ludzi Kaukazu, monochromatyzmem garkuchni i tymi złowrogimi znakami - Grozny to, Grozny tam, w pozornym spokoju i z pełną rutyną przygotowującą okoliczny świat na hulankę na całego w samym Groznym, i co lepsze, po okolicznych, górskich jarach i wąwozach. Uwierz, wszyscy na tym dworcu wyglądali jakby szli na front i to nie pierwszy raz. Jakby kolejny raz po nich przychodzili rano, kiedy się najlepiej śpi i wyciągali w te mokre i zimne górzysta. Nalczik, to jedyne miejsce na świecie, po pewnej arabskiej mordowni, które wywołało u mnie niepokój. Coś tam wisi w powietrzu. I nie jest to nic dobrego. Stacje i wioski na trasie Piatigorsk-Rostow za dnia wyglądają jak na obrazku plakatowym zalanym przez wodę i trochę przeschniętym. Jak dziecinne rysunki, niekształtne, niedokolorowane, trochę bezbarwne, z za dużą ilością wody w stosunku do farby. Z oknami przesuwa się pokaz infantylnych slajdów. Przez chwilę na horyzoncie migocze Morze Azowskie. Jest tak niewyraźne, że wyobrażam sobie, że musi być za nim nowa Ameryka, nowa Ziemia Obiecana, i że już tu kończy się wszystko i tak naprawdę komu by się chciało dbać o coś co jest na końcu, a zaraz zaczyna się niewyraźne niewiadomo co i niewiadomo jak duże. Nawet lepiej nie pytać. Jestem we Lwowie. Przyjmuje mnie pani Lidia, która mieszka zaraz koło rynku. Do pani Lidii zadzwoniła pani Stefania, Polka, która urodziła się jeszcze za II RP i już tu została. Stefania pomogła mi znaleźć nocleg. Gdyby nie ona nie miałbym gdzie spać, bo było święto niepodległości i przyjechało mnóstwo Polaków. Żali mi się, że jej mąż nie daje nic z pensji, bo wszystko idzie na Ładę, która ma czterdzieści lat. Trochę jeździ, trochę pcha, mówi. Jej mąż peroruje, że dziś jest święto niepodległości, a jakoś nie widzi tej niepodległości, na co bardzo denerwuje się Stefania. Do Kościoła chodzisz? To nie grzesz! – poucza. Masz co do garnka włożyć, za mieszkanie płacisz, to nie narzekaj!. Pani Lidka mieszka skromnie. Wszystko jest wysłużone i przyblakłe. Ma teraz pod opieką dwójkę wnuków, bo córka pracuje w Kijowie. Pani Lidka to typowa babka w starym dobrym stylu. Jej mieszanie jest seledynowe, tak jak kiedyś pokój mojej prababki na wsi. Kiedy prasuje mi moją tielniaszkę (koszulka rosyjskiej marynarki, w błękitno-niebieskie pasy, bardzo popularna na wschodzie) ogarnia mnie znane uczucie błogości i motylego łechtania w okolicach brzucha towarzyszące mi zawsze gdy spotykam osobę o wyjątkowo pozytywnych bioprądach. I znowu ta granica w Medyce. Zawsze to samo. Nic się tu nie zmienia. Barbarzyński napór z dwóch stron. Z powietrza musi to wyglądać jak linia frontu, z wiecznie mijającymi się kolumnami zbitego mięsa armatniego. Jedna kolumna idzie od Ukrainy na Polskę, a druga w przeciwną stronę po wódkę i papierosy. Nigdy w siebie nie trafiają i zawsze się mijają. Daję łapówkę Ukraińcowi i puszcza mnie bocznym przejściem. Otwieram drzwi w kantorku paszportowym i wchodzę w sam środek tłumu. Następuje pierwsza faza linczu. Później przeskakuję przez bramkę i omijam całą kolumnę po polskiej stronie. Celnik mnie puszcza bokiem i następuje druga faza linczu. I w tym tłumie wcześniej, jeszcze na Ukrainie, stała grupa harcerzy z Warszawy. Wracali z Rumunii. Wyglądali na bardzo grzecznych, rozumiesz. Nie dali łapówki i stali trzy godziny. Wiesz, co to znaczy stać trzy godziny na tym przejściu. Stała koło mnie dziewczyna z tej grupy i cały czas płakała. Nie wiedziałem, o co chodzi. Dopiero kiedy zobaczyłem, że ma plecak, zrozumiałem, że nie jest mrówką. Koło nas stał jakiś facet i faktycznie był obleśny, nawet jak na to przejście i do tego urżnięty w drobny mak. Bardzo źle mówił do kobiet. Ta dziewczyna płakała i powiedziała mu, że jeszcze nigdy nie widziała bardziej obleśnego człowieka. On na to, żeby była twarda, że tu już kogoś zgwałcili i zamordowali. I ja jej mówię, dziewczyno nie bucz, tu jest taki żywot, ale uwierz, bywa gorzej. Ale ona dalej płakała. Andrzej Muszyński |