|
APOLOBAMBA O czwartej rano w La Paz jest jeszcze zimno i ciemno. Załadowanym po sufit Land Rowerem ruszyliśmy na północ. Pierwsze smugi fioletu rozświetlały masyw Illamani. W Achachachi stara indianka ugościła nas śniadaniem. To było najpyszniejsze śniadanie w Boliwii – świeża papaja, ciepła, chrupiąca bułka i gęsta jak maź kawa. Szarość inkaskiego poranka rozcinały inkaskie czapki rowerzystów. Tak rozpoczęła się nasza wyprawa na Chaupi Orco (6044 npm), najwyższy szczyt najbardziej dziewiczego pasma Andów – Apolobamba, domniemane miejsce ukrycia mitycznego El Dorado. Apolobamba, (w quechua – apollu – wiele i pampa – płaskowyż) niezwykła mieszanka środowisk, niesklasyfikowanych gatunków fauny i flory, kultur, legend i tajemnic została uznana przez Towarzystwo National Geographic za jeden z najbardziej unikalnych ekosystemów świata. Do eksploracji tego spektakularnego pasma zniechęca wiele czynników: izolacja i trudności w dotarciu do pasma, brak informacji, map. W XXI w. jak pisze Yossi Brain, guru eksploratorów Apolobamby, zmarły tu tragicznie w lawinie w 1999 r. “pozostaje do zdobycia wiele szczytów powyżej 5000 m npm i dosłownie tysiące nowych dróg”. Geologicznie długa na 120 km Apolobamba stanowi przedłużenie Cordillera Real. Wyróżnia się Apoolobambę północną i południową z granicą w dolinie Pelechuco. Yossi twierdzi, że nie istnieją żadne mapy pasma publikowane w Boliwii. Miałem dostęp do topograficznej mapy regionu, która zawierała jednak multum błędów. Rzeczywiście, trudno nazwać ją mapą. Istnieje również szkicowa mapa wydana przez Królewskie Towarzystwo Geograficzne z 1911-1913 r. zaktualizowana przez Paula Hudsona w 1993 r., którą analizowałem w siedzibie RGS w Londynie. Szkic daje jedynie bardzo ogólny pogląd na teren. Prócz tego doraźne mapy sporządzały pojawiające się tu ekspedycje wysokogórskie. Jest nas czterech: ja, i trzech boliwijskich przyjaciół, Osvaldo, Javier i Rajmundo. Mamy wyraźnie wyznaczony cel – poprowadznie nowej drogi na Chaupi Orco od południa. Nie mam ambicji stricte alpinistycznych, więc tym bardziej cieszy mnie, że mogę wziąć udział w takim wydarzeniu. Przed wyprawą przeanalizowaliśmy wszelką dostępną literaturę pod kątem historii wejść. Jest jeszcze jeden fakt, który utwierdził nas w przekonaniu, że byliśmy pierwsi: nie wspinał się tędy Yossi. Pogranicze Z Achachachi ruszyliśmy w kierunku Ulla Ulla, stolicy płaskowyżu o tej samej nazwie. Co jakiś czas mijamy kontrole militarne i znudzonych żołnierzy atakujących nas dziesiątkami pytań. Od wielu dni nie mieli kontaktu z prasą, radiem, telewizją. W osadach na murach pojawia się napis – Evo cumple – Evo spełnia obietnice, w nawiązaniu do pojawiającej się sieci elektrycznej na prowincji i rządów Evo Moralesa. - myślisz, że to napisali mieszkańcy? – pyta retorycznie Javier. To ludzie Moralesa, propaganda – przekonuje. Bez względu kto to napisał nie można pominąć milczeniem poparcia jakim cieszy się popularny Evo wśród swoich indiańskich pobratymców. Teraz przed nim największa próba. Kraj stanął na progu wojny domowej w związku z ruchami separatystycznymi na wielu bogatych w surowce prowincjach, które nie chcą dzielić się profitami z biednymi prowincjami górskimi. Antaquilla jest ostatnim miejscem przed jez. Suche i właściwym masywem. To jedno z miejsc zaliczających się do tych dzikich południ, północy, zachodów i wschodów, o których marze. To prawdziwe pogranicze. W zasadzie podróżuję w poszukiwaniu pogranicz. To mój główny cel. W Antaquilla nie ma nic. Na centralnym placyku słońce wprawia ziemię w miodowy kolor. Powietrze na 4000 m npm jest ostre i bardzo konkretne. Przy jednej ze ścian stoi Indianin Aymara. Ma oczy przeszklone od koki. Pyta czy może się zabrać. Dokąd? Na co czeka? Po placu przesuwa się leniwie mała trąba powietrzna. Pusto. Z dala dobiega trzeszczenie głośnika z boliwijskim popem. Jakaś fundamentalna i pradawna nuda uwielbia pogranicza. Jest ich immanentną cechą. Żałuję, że nie byłem tam sam. Tylko pobyt w pojedynkę w takich miejscach gwarantuje właściwą percepcję. Pogranicza nie lubią grup. Nie tolerują par. Są zbyt nieśmiałe i chorobliwie przewrażliwione. Przed grupami pierzchają. Trzeba przyjechać samemu i wytrwale czekać. Za jez. Suche próbujemy pokonać przełęcz 5200 m npm, skąd mieliśmy zjechać do pierwszej bazy. Spadło zbyt dużo śniegu. Z ciężkimi plecakami rozpoczynamy pieszą wędrówkę. Widziałeś kiedyś na raz tyle niezdobytych szczytów? – krzyczy Osvaldo. Stoję osłupiały. Podziwiając po lewej masyw Palomani Grande spoglądamy co chwilę lornetką na drogę na Chaupi. Przed nami wiele niespodziane Konkwista Pisarz Cesar Augusto Machicao Gomez napisał w “Historii Apolo i prowincji Franz Tamayo”, iż podczas panowania Inków w 13 wieku Yahuar Huacai przemaszerował przez Apolobambę z 15000 ludźmi zdobywając Amaru Mayu, “Krętą rzekę”, dzisiaj Madre de Dios. Wiek później z 10000 ludzi Inca Yupanqui poszedł śladami swojego pradziadka schodząc do Beni w basenie Amazonii. To właśnie z tego okresu pochodzą pierwsze doniesienia o mitycznym El Dorado. Razem z ekspansją hiszpańskiej konkwisty rozprzestrzeniła się misja ewangelizacji. Hiszpanie osiedlili się w misyjnych przyczółkach. Jednakże ich głównym celem nie było nawracanie tubylców. Szukali złotych skarbów Patiti. W 1573 r. gubernator prowincji Arexaca znanej dziś jako Larecaja Juan Alvarez de Maldonado założył miasto Apolo. Kilka zachowanych raportów zachowanych w hiszpańskich archiwach opisuje jego wyprawy wzdłuż pasma Apolobamba w poszukiwaniu złota rozpoczynając do dziś trwające poszukiwania bezcennego miasta. Jak łatwo się domyślić - bezskuteczne. W 1780 r odkryto żyły złota w masywie Ilo Ilo w paśmie Apolobamby, poprzedzając całe pokolenia geologów i kartografów nieraz zmuszanych do uprawiania wspinaczki w poszukiwaniu cennego kruszca. W 1853 r geolodzy Hans Hortemann i Hover Hotanghel osiągnęli kilka mniejszych wierzchołków Akamani (5666). Według ręcznie napisanych dokumentów odnalezionych w Pelechuco osiągnęli szczyt 21 września 1853 r. Pierwsze mapy Apolobamby pochodzą z 1911 r. W latach 40 pojawiły się pierwsze zespoły niemieckie i austriackie. W 1957 r opublikowano pierwszą mapę lotniczą rejonu, która okazała się kompletnie niewiarygodna. Podczas pierwszego wejścia na Chaupi Orco w 1957 r. Wimmer Hans i Richer Hans korzystając z serii map I.G.M. w skali 1:250 000 wprowadzeni w błąd przez fatalne mapy zabłądzili, odnajdując się po peruwiańskiej stroni Szlachetność Cały dzień maszerujemy wśród krystalicznie górskiej scenerii. Nad głowami latają kondory, już nieobecne w Cordillera Real. Co chwilę przeprawiamy się przez strumienie i potoki. Kolejny obóz rozbijamy nad jednym z wielu bezimiennych jezior pod czołem lodowca. Pomaga nam w tym Rajmundo, nasz jedyny tragarz. Rajmundo to dziwny człowiek – indianin, od jedenastu lat tragarz, silny jak koń, pracowity jak mrówka. Rajmundo w zasadzie nic nie mówi prócz posłusznego, zdecydowanego “Si!”. Patrzy gdzieś w dal. Rajmundo ma najbardziej szlachetną barwę głosu jaką słyszałem. Rajmundo to dziwny i szlachetny człowiek, podobnie jak cale otoczenie. Chyba pierwszy raz w życiu zobaczyłem tak oczywiste rodzaje szlachetności Jesteśmy na formalnej granicy z Peru. Jak zwykle po postawieniu namiotów dzielimy się i za pomocą krótkofalówek konsultujemy opcje dalszej wspinaczki. Zachodzi słońce, wschodzi pełny księżyc. Nad jeziorem słychać krzątanie Rajmundo. Javier przed snem wyraźnie się ożywia opowiadając o niedźwiedziu andyjskim – jukumari. - Raz w życiu go widziałem!. Potrafi stoczyć się jak kulka 200 m po stromym stoku. Jest przekleństwem dla indian na pograniczu selvy. Napada wioski, zabija bydło i wiecie co robi? Wiesza je na drzewie i czeka. Czeka aż z trupa wylecą na ziemię robaki z mięsa. I je zjada.. Wcześnie rano stajemy na lodowcu. Zakładamy na nogi nasze skorupy Asolo, raki, uprzęże i posuwamy się powoli po niepewnym gruncie. Tu zostawia nas Rajmundo. Obóz rozbijamy na wys. 5520 m npm pod charakterystycznymi dwoma piramidami skalnymi. Kontaktujemy się drogą satelitarną z La Paz - atakujcie! Idealna pogoda! Śpię bardzo dobrze. Atak Ruszamy o 3 w nocy. Nasze sylwetki przesuwają się na tle pełnego księżyca. Jest kompletna cisza. Zew pustki, pierwszy w moim życiu taki zew pustki, po który tu przyjechałem. Poszukiwania przejścia na plateau zabrało nam dobrą godzinę. Zejście na dół wymaga pierwszego zjazdu. Wkrótce wraz ze wschodem słońca setki kilometrów po horyzont rozjaskrawiają złociste grzebienie. Idzie się ciężko, śnieg sięga po kolana. Na zmianę torujemy szlak. Jesteśmy już dobrze zaaklimatyzowani więc płuca pracują idealnie. Stromy stok wkrótce przeradza się w pierwszą ściankę. Po założeniu punktu asekuracyjnego (na szczęście!) pod prowadzącym Javierem zarwał się mostek śnieżny, z którego wchodził w lodospad. Po kilku metrach lodu zaczyna się katorga. Sypki jak cukier śnieg niemal uniemożliwia poruszanie się. Pływamy na stoku o nachyleniu 55 stopni. Jeśli się o nie zmieni, nie damy rady. 100 m w “cukrze” wypompowało z nas mnóstwo energii. Nowa droga wymagała poszukiwań, dyskusji, zmiany planów. Mijaliśmy spektakularne szczeliny, formacje lodowe i zatrważające cisze. stanęliśmy końcowym etapie na grani dołączyliśmy do wschodniej drogi opisywanej przez Braina. Na szczycie stanęliśmy dopiero o trzynastej. Uściski i okrzyki. Wysokościomierz wskazał 6079 m npm, co potwierdziło rozbieżności w pomiarach wysokości szczytu. Pod nami roztaczała się selva Parku Narodowego Madidi– legendarny dom Indian Toronoma, setki kilometrów odludzia, rządów matki natury - Pachamamy, niezwykła kompilacja szczytów, lodowców i równikowej dżungli z wieczną mgłą. Zejście wymagało wzmożonej uwagi. Przebiegało bez zakłóceń do ostatniego etapu. Odcinek, który zjeżdżaliśmy musieliśmy teraz pokonać do góry.. po 14 godzinach wspinaczki w śniegu po kolana. W milczeniu posililiśmy się dopalaczami Maxima i ruszyliśmy. Na górze byliśmy kompletnie wyczerpani i znużeni. Czy damy rade jeszcze zejść w nocy do obozu nad jeziorem? Nie było wyjścia. I to już jesteśmy martwi.. – stwierdził Javier. Z trzęsącymi się nogami zwinęliśmy obóz i zeszliśmy jeszcze w 2 godziny do Rajmundo, który przywitał nas gorącą herbatą i zupą. - Jutro biorę wolne – skwitował dzień Osvaldo, okraszając wypowiedź ujmującą wiązanką hiszpańskich przekleństw. Inkaskie widmo Wracając do La Paz zatrzymaliśmy się przy stawie w jednej z osad fotografując niezwykłą barwę nieba i odbijającą się w wodzie dużą kulę księżyca. Nieboskłon przecinała przedziwna złotawa nocna tęcza. W ciemności wracaliśmy gruntową drogą przez płaskowyż Ulla Ulla. Nagle na drodze pojawiły się migające światła. Jedno zbliżało się szybko w naszym kierunku.Za szybą ujrzeliśmy zakrwawioną twarz starego Indianina. Czy wyobrażacie sobie jak wygląda zakrwawiona twarz potomka Inków w środku nocy na płaskowyżu Ulla Ulla? Sytuacja wyjaśniła się w oka mgnieniu. Wypadek. Przewrócony na bok jeep i ani jednej osoby przejeżdżającej tędy od południa. Wspólnymi siłami dźwignęliśmy samochód i zaopiekowaliśmy się Boliwijczykami. *** Jedno jest pewne. Niebawem tam wrócę. Razem z Javierem mamy pewien plan. Javier coś wie, a ja wiem jak to zrobić. Tym razem w legendarnym Madidi. |