W listopadzie 2006 roku po ciężkim, tropikalnym dniu siadałem wieczorami w bambusowej restauracji, zamawiałem coś zimnego i gapiłem się w zachód słońca nad jeziorem. Promienie pląsały po zielonych płatach listowia wokół drewnianych pali domów. Kambodżanki o herbacianych o tej porze skórach kończyły ostatnie przepierki. Do domów wracali rybacy, rozcinając taflę wody subtelnym suwem wioseł. Nie przeszkadzały nawet komary (wystarczy się spsikać repelentem).
Nie ma to jak w środku milionowego, zapchanego skuterami miasta wypić w ciszy kawę z kardamonem, zjeść chrupiącą bagietkę z bekonem i warzywami albo walnąć się w hamaku i posłuchać Boba Marleya. Nie ma to jak Boeung Kak.
Takich jak ja było więcej, bo jezioro Boeung Kak to perła Phnom Penh, a Phnom Penh to “perła Azji” (takie określenie przylgnęło do miasta w latach 20 XX w.) – położone w miejscu gdzie magiczny Mekong spotyka się z wodami Tonle Sap i rzeki Bassac, z Pałacem Królewskim, szerokimi bulwarami, elegancką zabudową kolonialną po 99 letnim panowaniu Francuzów czy egzotycznymi straganami z szerszeniami i kopcami usmażonych mrówek.
Miesiąc temu znów przyjechałem do Phnom Penh. Zrzuciłem plecak i poszedłem na jezioro. Stanąłem osłupiały. Zobaczyłem mały, mętny zbiorniczek wody ograniczony wyniosłymi nasypami piachu.
- Szefie, gdzie jest jezioro? – zapytałem recepcjonistę w hotelu.
-Już nie ma.
- Jak nie ma?
- Wysuszają.
- Jak to?! Po co?
- Będą budować New City of The East.
W lutym 2007 r. kambodżańska firma Shukoku podpisuje z państwem umowę użytkowania wieczystego jeziora i nabrzeży na lat 99.
Pół roku po mojej pierwszej wizycie, wiosną 2007 roku, przyjeżdża do Kambodży delegacja z Chin z gubernatorem prowincji Yunan Quin Guangrongiem na czele i reprezentantami firmy Yunnan Southeast-Asia Economy and Technology Investment Industry. Chińczycy podpisują kontrakt na budowę “wieloczynnościowego centrum życiowego i rozrywkowego” z wielką galerią handlową.
Liczby: 133 ha, z czego wysuszą 90 %, cena rynkowa ziemi - 2000$ za m2, boom inwestycyjny, boom nieruchomości (ceny w ciągu 10 lat wzrosły 11-krotnie!) koszt odszkodowania dla 4000 wysiedlanych rodzin – 8500 dolarów za dom - w sumie 32 mln, opłata za użytkowanie wieczyste – 79 mln dolarów, średnie miesięczne zarobki – około 50 dolarów, zakładany zysk - około 2 bilionów dolarów. – Ten biznes jest wart miliony – kwituje amerykański właściciel pubu nad jeziorem.
A ile tu są warci ludzie?
Kambodżanie wiedzą coś o wysiedleniach. Takiego wysiedlenia jak w 1975 roku nie widziano chyba nigdzie na świecie i może już nikt nie zobaczy. 17 kwietnia 1975 roku Czerwoni Khmerowie pod ideologicznym przywództwem Pol Pota zdobyli Phnom Penh i ogłosili ten dzień początkiem nowej ery. Żołnierze Khmer w czarnych mundurach wypędzili z miasta dwa miliony mieszkańców, kierując ich do utopijnych komun wiejskich i zabierając im wszystko co mogło się kojarzyć z nierewolucyjną przeszłością. Z przeszłością kojarzyło się wszystko – buty, okulary, pralki, motory, restauracje, stragany, pieniądze, religia.. Przez cztery lata aż do wyzwolenia kraju z terroru przez Wietnamczyków Phnom Penh było “miastem duchów”.
Po 1979 do miast stopniowo wracali przerażeni ocaleni. Zasiedlali miasta m.in. nabrzeża Boeung Kak. Rozpoczęło się “nowe życie”.
W 1989 roku dokonano prywatyzacji ziemi. Od tej chwili do dziś z samego Phnom Penh wysiedlono około 133 tysiące osób. W innych prowincjach kolejne 250 000. W khmerskiej prasie ciągle przewijają się na pierwszych stronach artykuły o kolejnych wysiedleniach z niemal niezmiennymi fotografiami – w tle licha chałupa na palach, w środkowym planie zapłakana kobieta z nagim dzieciątkiem uczepionym piersi, na pierwszym planie plecy mundurowych z bronią.
Najprościej zmusić kogoś do wysiedlenia widokiem karabinu. Ale w Phnom Penh wysiedlają ludzi piachem i wodą. Tego jeszcze nie było.
Atrakcyjność jeziora przyciągała turystów, odkąd zaczęli tu napływać, gdy uspokoiła się sytuacja polityczna, ci z kolei wywołali cały biznes turystyczny. Gueshouse przy guesthousie, bary, restauracje, bilard, seansy filmowe, stragany, pralnie, internet, agencje podróży, wypożyczalnie, tuk-tuki - taxi-motorki z przyczepką, stąpający w parującym po tropikalnej ulewie asfalcie sprzedawcy haszyszu, sprzedawcy wszystkiego. Wszystko to na głównym, wąskim deptaku wciśniętym między hoteliki i domy miejscowych. Za budynkami na drewnianych molo – cisza i spokój. Czasem z którejś knajpy dobiega dźwięk muzyki.
Turystyczny rejon rozciąga się na lewo od meczetu. Na prawo za murem gniją slumsy. Gdyby nie tłumaczka, nigdy bym tam nie trafił podobnie jak reszta głównie anglosaskich backpackersów.
Ścieki obmywają podłogi domów postawionych na palach. Wszędzie śmieci. W otwartych chatach ludzie pichcą ryż, żują, ktoś gra w karty. To nie miejsce do pokazywania turystom.
Przy balustradzie stoi młody chłopak, Hok Sam Nang (24). Pytam go, co zamierza zrobić po wysiedleniu.
- Nie wiem. Zdecyduje moja siostra. Kiedyś całę jezioro było zielone, piękne. Firma dała nam trzy opcje: ekwiwalent 8, 5 tysiąca dolarów odszkodowania, zastępcze mieszkanie w odległym Dangkao albo prawo kupna mieszkania w nowym centrum na miejscu jeziora. A co jak kupię za 8,5 tys. dolarów? Ludzie mówią, że ktoś dostał 10 tysięcy. Wszyscy maja dostać po 8,5 tysiąca, a mój dom jest dłuższy od innych. To ma być sprawiedliwość? Nie stać mnie na kupno nowego domu. - Ile zarabiasz?
- Jestem kierowcą tuk tuka. 2 – 5 dolarów dziennie. No, jak mam szczęście 10-15. Ale wczoraj na przykład nie zarobiłem nic. Nie ma turystów, puste hotele, nie ma jeszcze sezonu. Kryzys.
Khmerskie prawo nieruchomości z 2001 roku stanowi, że maksymalny okres na jaki można wydzierżawić państwową ziemię wynosi 15 lat. Jezioro należy to sfery publicznej i nie może być sprywatyzowane.
W sierpniu 2008 roku jezioro sprywatyzowano.
26 sierpnia 2008 r. o 9 rano na brzegu pojawiły się buldożery. W stronę jeziora skierowano strumień piasku.
Wypychana woda skierowała w stronę domostw strugi ścieków, martwych szczurów, odchodów ludzkich i roje jaj komarów. Podtapiała domy i szkołę w dystrykcie Russey Keo. Do tej pory jezioro stanowiło naturalny rezerwuar wody w trakcie ulewnych deszczy i powodzi. Raport z wpływu inwestycji na lokalne społeczności został przez Shukaku zmanipulowany – oznajmiła Licadho, lokalna organizacja pozarządowa broniąca praw lokalowych mieszkańców. Wypełnianie jziora w centrum miasta powinno zostać zatrzymane do momentu, aż nie zagwarantuje się przestrzegania praw człowieka wysiedlanym obywatelom - apelował Amnesty International i Centre on Housing Rights and Evictions (COHRE).
Włodarze Shukaku nie przyjmują żadnych dziennikarzy. Chciałem z nimi porozmawiać. – Nie ma szans. Wyrzucają nas zawsze, gdy pojawimy się pod ich siedzibą – mówi mi Phan Ana, dziennikarz the Cambodia Daily.
Dyrektorem przedsiębiorstwa jest senator Leo Ming Kim, szefujący również Pheapimexowi, gigantowi developerskiemu, którego właścicielem jest Chneung Sopheap, popularna “babcia Phou”, żona senatora. Ten wypełnia mandat z ramienia rządzącej partii CCP pemiera Hu Sena. Wszystko jasne.
Firma nie wpuszcza nikogo na teren nasypów. Podobno jednemu fotoreporterowi udało się tam dostać, ale wynajęci policjanci skonfiskowali mu aparat – opowiada nasza tłumaczka Porn Bopha z the Cambodia Daily. Poza tym pod warstwą piachu są puste przestrzenie i można się zapaść na wieki. Dlatego to, że Tomkowi udało się tam przedrzeć z aparatem należy uznać za fart.
W listopadzie 2008 roku nad Boeung Kak zawalił się pierwszy dom. Ludzie wyszli na ulice. Zaczęły się manifestacje, protesty, petycje do władz miasta.
Protestanci zaczęli otrzymywać anonimowe listy. Jeden z nich brzmiał tak: “Jeśli się nie wyniesiesz, czeka cię od roku do pięciu lat więzienia albo grzywna – 5 milionów rieli (około 1250 dolarów – przyp. autor)”
Nad jeziorem pojawili się policjanci, aresztujący pierwszych opornych.
- Problem w tym, że oni nie mają do tej ziemi papierów – mówi Mohammad Noor Ullach, Pakistańczyk, właściciel Indian Curry Pot nad jeziorem.
No to faktycznie problem, myślę.
Pytam hotelarza.
- To prawda? - Prawda. Nie mamy tytułu prawnego.
Żeby sprawdzić jak jest w rzeczywistości, trzeba dotrzeć do katastru. Ale w Kambodży takiego jeszcze nie sporządzono. Jest chaos.
W styczniu 2009 roku Sąd Apelacyjny w Phnom Penh odrzucił apelacje mieszkańców kwestionujących legalność umowy użytkowania wieczystego i całej inwestycji.
- I co teraz? Z czego będziecie żyć? – zagaduję właściciela guesthousu.
Kiwa ramionami. Po wysuszeniu jeziora teren będzie zupełnie nieciekawy dla turystów. Przeniosą się pewnie nad Mekong.
Mimo prostestów i kampanii internetowej (
Pewnego poranka jedliśmy nad jeziorem śniadanie i rozmawialiśmy po polsku.
- Dzień dobry panom. – odezwał się człowiek ze stolika obok.
- Dzień dobry.
- Panowie turyści?
- Trochę tak, trochę nie. A Pan?
- Biznes robię.
Jego aparycja zdradzała arabskie pochodzenie. -
- Przepraszam, jeśli mogę spytać, Pan pochodzi z Polski? – zagaiłem.
- Mieszkam w Polsce, ale urodziłem się w Szwecji, matka z Dubaju, ojciec z Iranu.
- W co Pan inwestuje?
- W hotele - jak w Polsce. Na początku lat dziewięćdziesiątych kupiłem u nas za grosze działki przy trasie. Ale w Polsce już jest niedobry biznes. Nie opłaca się. Tu warto inwestować.
- A cudzoziemcy tu mogą tak łatwo działać?
- Niełatwo. Zakładając spółkę, miejscowy Khmer musi mieć udziały większościowe. Ale są sposoby. Zakładasz firmę z jakimś niepiśmiennym figurantem ze wsi, dajesz mu 20 dolarów miesięcznie i prowadzisz firmę.
- Tak się robi biznes w Azji – podsumowuje amerykański właściciel pubu.
Kraj leczy rany i jedna się ze swoją ciemną historią. Od 2006 roku pracuje w Phnom Penh pracuje Trybunał ds. Zbrodni Czerwonych Khmerów i oczy świata znów zwrócone są na Kambodżę. (pierwszy w wyrok spodziewany jest z początkiem 2010 roku). Oprawcy żyją obok ofiar – kierują ciężarówkami, sprzedają smażone banany, prowadzą zakłady wulkanizacyjne. Małe dzieci nie wierzą, że 30 lat temu Kambodżanie zamordowali 2 z 7 milionów Kambodżan. Centrum Dokumentacji Kambodży, instytucja dokumentująca zbrodnie sprzed lat i napędzająca proces, rozdaje im w ramach prewencji darmowe podręczniki, pisząc na nowo zmaniulowaną historię (część rządzących krajem wywodzi się z ruchu Czerwonych Khmerów).
Z roku na rok przybywa reklam, asfaltowych dróg i lamp, rozświetlających nocą pogrążony ciągle w lepkim mroku kraj. Kambodża po latach zawieruchy politycznej dynamicznie się rozwija. Mimo kryzysu na potęgę inwestują Chińczycy. PKB rośnie.
Szkoda tylko, że w rankingu National Geographic stanu historycznych kompleksów z 2008 roku Phnom Penh zajęło niechlubne drugie miejsce od końca. Badano jak zabytkowe tereny znoszą masową turystykę, przyglądano się polityce i zaniedbaniom miejscowych władz. W rankingu znalazło się ponad 100 pozycji. Głosowało 280 ekspertów, biorąc pod uwagę następujące kryteria: jakoś ekologiczna i środowiskowa, integralność kulturalna i społeczna, kondycja zabytkowych budowli i punktów archeologicznych, jakość zarządzania turystyką, estetyka, perspektywy. W podsumowaniu o Phnom Penh napisano:
“Niezwykle cenne kulturowo i przyrodniczo, jednakże bezczynność władz doprowadziły do wielu zaniedbań. Billboardy, rozbiórki kolonialnych budynków, praktycznie zerowa egzekucja prawa regulującego zasady inwestycji zagranicznych – “bardzo smutna historia”
Wypiłem nad jeziorem ostatnią kawę.
Po wydarzeniach wokół Boeung Kak Al Jazeera pytała – “Kambodża. Kraj na sprzedaż?
Może i na sprzedaż. Ale nie powiem Państwu, ile są warci jej obywatele. Zawsze byłem słaby z ekonomii.
Andrzej Muszyński