Tłumaczy dla mnie:
Translateria
Zapisz się do usługi newsletter, aby być na bieżąco
      
badania materiału genetycznego
 
Erg Chigaga

ERG CHIGAGA

 

 

Ospałym ruchem spoglądam na zegarek. Jest piętnasta. Owinięty turbanem, w długiej koszuli i spodniach leżę nieruchomo już pięć godzin. Zostały jeszcze dwie. Słupek rtęci zatrzymał się na 46 stopniu w cieniu, bez którego byśmy nie przeżyli. Mój mętny wzrok utknął na ociężałej posturze dromadera, zalążki myśli zostały skutecznie stłamszone i stłumione u samego źródła.

Zagora

Im bardziej na południe, tym goręcej. Im bardziej na południe, tym bardziej egzotycznie. Im bardziej na południe, tym przyjaźniej. Późnym popołudniem wsiadamy do autobusu w Warzazzat, by już nocą dotrzeć do pustynnej Zagory. Założyliśmy plecaki i tym niepewnym, zagubionym krokiem, zdradzającym bezdyskusyjną nietutejszość, skierowaliśmy się w stronę centrum. Uderzyła nas pustka i cisza, niesamowita jak na 15-tysięczne miasto. A przecież nie było późno, może 22., może 23., kiedy na medynach innych miast trwał w najlepsze barwny spektakl. Właśnie!, tu nie ma medyny – starej części arabskiego miasta, gwarnego centrum pełnego wąskich i zatłoczonych uliczek handlowych, bazarów, meczetów i minaretów. Jest szeroka aleja, którą idziemy oraz boczne ciemne uliczki. Szybkim odskokiem usunąłem się z szosy, by zrobić miejsce pędzącej, masywnej ciężarówce. Krótkie spojrzenie na maskę wozu pozwoliło się zorientować, że do złudzenia przypominał przystrojone pakistańskie kamiony. Po chwili znów zaległa intrygująca cisza. Po bokach drogi wirowały bałwany jasnego kurzu i piachu.

Obracając się dokoła i potykając o wystające kamienie, obserwowałem nowe otoczenie. W zasadzie nie było na czym zawiesić oka – kurz, piasek, proste kontury budynków, linie szosy, góra arbuzów obok wytrwałego sprzedawcy, świecący się kwadrat jeszcze otwartego sklepiku.

Czuć, że jakaś siła cieszy się tu dużymi wpływami. Siła ta musi mieć długą historię, głębokie tradycje, niezmienne zwyczaje i sposób sprawowania władzy, dyktatorski, może nawet totalitarny. Nikt nie oponuje.

Zagora! Zagora!, Zagora, Zagora!!, wołają naganiacze na spalonych od słońca betonach dworców, w Marrakeszu, w Ouarzazatte, na przydrożnych przystankach i zajazdach. Ciekawe, jak na zdjęciu satelitarnym wyglądają takie miasta jak Zagora. Takich miast jest na Saharze więcej. Gdy spoglądam na mapę, odczytuję kolejno tajemnicze nazwy – Tinduf, Idris, Al. Kulaja, Ajn Kazzam, Marzuk, Madama, Al.-Dżaufl, Faya, Tassalit, Fdajrik, Zilla, Tazirbu, Nuchajla. Ciekawe, czy zaglądają tam podróżni. Ciekawe, czy piszą o nich w przewodnikach. Wyglądają pewnie z góry jak małe światełka w morzu czarnej przestrzeni. Tych nieoświetlonych nie widać wcale. Wyglądają jak kropki, jak samotne świetliki letnią nocą. W takich miejscach tkwi skończoność. Ze skończonością musi się wiązać cisza, respekt i pokora. O takich miejscach mówi się, że są na końcu świata. Chyba nie chciałbym mieszkać na końcu świata. Bezpieczniej ustawić się w środku. Gdy stoisz na samym początku albo na samym końcu, bywa różnie. W środku zawsze masz czas na zorientowanie się w sytuacji. Na początku nie masz go w ogóle. Na samym końcu jest niebezpiecznie, bo o końcach się zapomina, dla końców nie starcza, dla końców zabraknie, dla końców już nie ma.

 

Jestem z Sahary

Hassana poznaliśmy w zasadzie przypadkiem, w drodze do ostatniej osady przed Saharą – M’Hamid, do złudzenia przypominającej zagubione w czasie wioski w dalekim Afganistanie - gliniane obejścia, spieczona, twarda jak skała ziemia, dziwna cisza, przemykające raz po raz kobiety zasłonięte całkowicie czarnymi suknami. Hassan ubrany w długą, zdobioną, błękitną dżellabę i w nieco inteligenckich okularach wyraźnie wyróżniał się z tłumu upchanego do granic możliwości w rozklekotanym busie. Studiuję w Marrakeszu ale jestem z Sahary – oznajmił łamaną angielszczyzną z szerokim uśmiechem na twarzy, zapraszając nas zaraz na herbatę do swojego domu. Był jednym z tych, którym się od razu podświadomie ufa, i na których patrząc, trudno wydobyć z siebie pokłady ostrożności i chłodnego dystansu.

Gdy prowadził naszą grupę palmową aleją wśród spieczonej jak wiejski chleb ziemi, wiedziałem, że pakujemy się w coś o bardzo intensywnym zapachu i barwie, w coś, co równie dobrze może się okazać bardzo dobre, jak i bardzo złe, w każdym razie w coś, czego chyba szukamy. Bezwiednie obracając się dokoła i potykając o muldy piachu, doczłapałem do chłodnego salonu. Usiedliśmy w podniosłej atmosferze, wśród bogatej ornamentyki, kładąc stopy na miękkich, arabskich dywanach. W głębokiej ciszy strumień mocnej herbaty wpadający z prawie metra do małych filiżanek wydawał się centrum wszechświata, na którym skupił się wzrok wszystkich..

Po pierwsze wiemy, że w okolicach Mhamid znajduje się kawałek piaszczystej pustyni. Chcemy zorganizować

trzydniowy trekking na wielbłądach i traktujemy to jako trening i zaprawę przed przyszłymi wyprawami. Nic więcej. Po drugie, chcemy za wszelką cenę uniknąć komercyjnego Ergu Chebbi, masowo odwiedzanego przez turystów.

Najtrudniejszym etapem organizacji logistyki okazało się wynegocjowanie ceny za wynajem wielbłądów i części ekwipunku, wypełnione na przemian bliskim kompromisem i absolutna rezygnacją, odchodzeniem i powracaniem, poklepywaniem i gestykulacją, zmianą tematu i błyskawicznym powrotem do ożywionej dyskusji. Wreszcie po kilku godzinach rezygnujemy. Za drogo. Zabieramy cały szpej i wychodzimy na zewnątrz. Dopada nas Hassan. Wracajcie! Moi ludzie się zgodzili!, krzyczy zdyszany.

- Chodź, pokaże Ci mapę, wisi w tamtym pokoju – mówi Hassan

Mój zafascynowany wzrok błądzi długo pomiędzy oazami, pustynnymi pistami, studniami i wyschniętymi uedami.

- To francuska mapa.

- Wreszcie po oddaleniu głowy od wielkiego arkusza ogarniam osłupiały ogromna białą powierzchnię zmąconą jedynie mikroskopijnymi, fachowymi skrótami kursywą

- Hassan, co to jest?

- Erg Chigaga. Największy erg w Maroko

-Jak to najwiekszy?! A Chebbi?

- Chebbi jest mniejsze. Chigaga ma ponad 40 km średnicy. Wydmy są wysokie na 300 m.

Nie mógł kłamać. Mapa mówiła dokładnie to samo.

- Ale nic, nie piszą o tym w przewodnikach. Jak to możliwe Hassan?

 - Nie mam pojęcia.

 - Muszę tam pojechać.

     

Promienie zachodzącego słońca z pewną gracją i elegancją ślizgały się po ciemnopomarańczowych stokach wydm. Jednolitą toń otaczającego pejzażu nieśmiało próbowały nadwerężyć podmuchy przesypujących się tumanów złocistego piasku. Nasza karawana składała się z czterech wielbłądów i dwóch poganiaczy, 21-letniego Hassana i 62-letniego Mubaraka, znającego pustynię jak własną kieszeń. Pomyśleć, że dawniej karawany liczyły do 20 tysięcy dromaderów, rozciągając się nawet do 10 km! Dziś zastępowane są przez ciężarówki i naukowcy prognozują rychły koniec autentycznych karawan, jednych z najbardziej fascynujących spektakli ziemskiej cywilizacji. Za nami zostały ostatnie gaje palmowe, przed nami rozkołysany z garbu wielbłąda horyzont i wyraźnie wyznaczony cel – Erg Chigaga.

 

 

W królestwie z tysiąca i jednej nocy

 

Mubarak zatrzymuje karawanę. Noc tutaj – oznajmia krótko Hassan, rozkładając na ziemi koce i układając pod głowy miękkie siodła, przesiąknięte zapachem wielbłądziej sierści. Na pustyni noc możesz spędzić wszędzie. Oczywiście najlepiej blisko oazy, w pobliżu wody, ale wiadomo, że o wodę na pustyni trudno, bardzo trudno. A więc noc tu, między dwiema wydmami tworzącymi podłużną dolinkę. Równie dobrze mogłoby być tam, trzy metry dalej, pięć, dziesięć, w lewo, w prawo, mogłoby być bez problemu tam po horyzont, mogłoby być wszędzie. Noc jest tam, gdzie zatrzymasz karawanę i rozłożysz na piasku koce.

Jest ciemno, niewyobrażalnie ciemno. I wreszcie chłodno. Nomadzi zapalają lampę naftową, zbieramy niewielką ilość suchych gałęzi z wątłych krzaków i rozpalamy ognisko, z którego wydobywa się rozedrgany dym. Tam, gdzie nie ma nawet kawałka drewna, ogniska pali się na odchodach wielbłąda. Hassan z Mubarakiem przygotowują danie, które jemy wszyscy ze wspólnego talerza rękami, zgodnie ze zwyczajem ludów pustynnych. Słychać regularne pochlipywanie, kiedy pijemy w ciszy herbatę miętową, tradycyjny napój nomadów i jednocześnie narodowy napój Maroko. Mubarak parzy taką herbatę kilka razy dziennie w niewielkim czajniku w kupce żaru, celebrując wielokrotne przelewanie ze szklanki do szklanki i z powrotem do czajnika w celu uzyskania piany. Wyjmuje z sakwy głowę cukru, odłupuje kawałek o kamień i wrzuca do czajnika. W blasku ogniska mienią się cienie jego nabrzmiałych żył na rękach i bruzdy na skórze twarzy przypominającej popękaną piętę. Wszystkie jego ruchy są proste, zdecydowane i szorstkie, podobnie jak całe życie na pustyni. To nasz pierwszy dzień w takim upale i we znaki daje się pragnienie. Pijemy bardzo dużo, za dużo jak na to, na co możemy sobie pozwolić. Wodę wieziemy w plastikowych bukłakach obitych grubą, zmoczoną dermą. Parująca ciecz zabiera ciepło, dzięki czemu woda jest niespodziewanie chłodna. Podczas pustynnych wędrówek trzeba pamiętać o regularnym uzupełnianiu soli w organizmie. Szczypta soli do bukłaka spełnia swoje zadanie znakomicie. Absolutnie nie zdają egzaminu zwykłe bukłaki wojskowe, w których woda osiąga szybko niemalże temperaturę wrzenia, za wyjątkiem specjalnych, droższych bukłaków pustynnych.

Cisza dudni mi w głowie, gdy patrzę na niebo, na którym ilość czarnej materii równa się tej świecącej. Niebo na pustyni zachwyca, oczarowuje i oszałamia. Mój zagubiony wzrok nieporadnie skacze po gwiazdozbiorach, przebiegając co chwilę przez malowniczy pas Drogi Mlecznej.

 

W pustyni

 

Wstajemy jeszcze przed wschodem słońca. Na pustyni trzeba maksymalnie wykorzystywać czas, kiedy słońce nie zamienia ziemi w prawdziwy piekarnik. Nie ma czasu na spanie. Jak codziennie, palimy ognisko, parzymy herbatę, jemy śniadanie, siodłamy wielbłądy, wiążemy turbany. O siódmej wyruszamy. Powoli wjeżdżamy w księżycowy krajobraz kamienistej hammady. Należy pamiętać, że piaski stanowią jedynie 12% Sahary, reszta to żwiry i kamienie.

Zbliża się 11.00. Zsiadamy z wielbłądów i rozkładamy koce w marnym cieniu ciernistego krzewu. Na pewno nie będziemy odpoczywać. U naszego kompana pojawiają się poważne objawy udaru i przegrzania organizmu. Zaczyna się najgorsze. Można opisać wiele rzeczy, ale tego skwaru nie potrafię opisać. Można mówić, jak było gorąco – że było gorąco bardzo, jak w tropikach, jak w piekarniku, jak cholera, jak nie wiem co. Tego gorąca nie potrafię opisać.

Za kilkadziesiąt minut zapada kompletna cisza. Wzmaga się złowieszczy huk przeraźliwie gorącego wiatru z głębi pustyni. Niemiłosierny upał otępia umysł. Patrzę na Hassana. Nie ma ani skrawka odkrytego ciała. Otwarcie oczu staje się powoli wyzwaniem. Dochodzi 13.00. Gorący wicher boleśnie sponiewierał kilka centymetrów mojej odsłoniętej skóry – kawałek stopy i czubek nosa. Mam wrażenie, że świat zatrzymał się na dobre. O tym, że się mylę przypominają jedynie kamyczki turlające się koło mojej brody.

Późnym popołudniem z każdą minutą jest coraz lepiej, ktoś się odezwał, ktoś podniósł głowę. Koniec męki i katorgi. Do jutra. O 17.00 ruszamy i kontynuujemy marsz do 19.30. Podróżowanie na garbach dromaderów nie należy do przyjemności. Jest twardo i niewygodnie. Nasze wielbłądy mają po 20 lat. Żyją około 40 – opowiada Hassan. Latem mogą przeżyć bez wody do 4 dni, zimą nawet do 30 – dodaje. Rozbijamy obóz, gdy jest kompletnie ciemno i zabieramy się za te same czynności co wczoraj, co jutro i pojutrze. Dziś Mubarak piecze jeszcze chleb. Niesiemy ze sobą zapasy mąki, gdy już zabraknie nam gotowego pieczywa. Zbieramy się w kółku wokół ogniska, by podziwiać sprawność z jaką nomad formuje ciasto, po czym wrzuca je błyskawicznie do dołu w piasku i zasypuje, układając na wierzchu gorący żar. Chleb pustynny – oznajmia, podając kawałek do skosztowania. Mam pewne przypuszczenia, że już nigdy nie zjem lepszego pieczywa.

Po obfitym posiłku długo rozmawiamy z Hassanem. Nie widziałem matki od 6 miesięcy – zagaduje. Otwieramy oczy z zaciekawieniem, zachęcając go do dalszej opowieści. Urodziłem się w Algierii, w namiocie nomadów, podobnie jak Mubarak. Moja matka prowadzi koczowniczy tryb życia. Teraz jest gdzieś tam – wskazuje palcem w stronę pobliskiej algierskiej granicy, dodając, iż nomadów nie obowiązują żadne granice, mimo, że od kilku lat granica marokańsko-algierska pozostaje zamknięta ze względu na napięte stosunki między państwami. Dziewczyny nie mają w ogóle kontaktu z mężczyznami. Ich twarze są cały czas zakryte. Mąż widzi twarz swojej żony dopiero po uroczystościach zaręczynowych, a bywa, że dopiero po śmierci..., mówi. Hassan, jako pierwszy student w rodzie, ma bardziej umiarkowane podejście do tradycji. A ja mam dziewczynę w Marrakeszu, mieszka tak jak ja, w miasteczku akademickim. Dziewczyny oddzielnie, w sześć w jednym pokoju. Wieczorami chodzimy na spacer i palić sziszę ze znajomymi. Jest godne podziwu, że ten chłopak wyrwał się z serca pustyni, z namiotu okrytego zwierzęcymi skórami i rozpoczął edukację najpierw w podstawówce w małym miasteczku, a później studia socjologiczne w Marrakeszu.

Hassan jest Saharianinem. Mówi w czterech językach – po sahariańsku, berberyjsku, arabsku i angielsku. O Mubaraku mówi – nomad Berber, o sobie nomad Saharian. Terminem nomad posługuje się określając potomków ludów pustynnych bez względu na przynależność narodową i etniczną. Berberowie jako pradawni gospodarze tych ziem zostali podbici przez potężne siły arabskie. Dziś niezwykle trudno określić procentowo populację Berberów z racji dynamicznej asymilacji Arabów z miejscową ludnością. Dokonuje się jednak umownego podziału na północ zdominowaną przez Arabów i południe zamieszkane głównie przez Arabów. Saharianie (około 440 tys ) ciągle walczą o niepodległość swoich ziem - Sahary Zachodniej spod protektoratu marokańskiego, prowadząc zarówno działania militarne (Front Polisario) jak i stricte kulturalne z kilku obozów uchodźców w sąsiedniej Algierii. Do galimatiasu grup etnicznych dochodzą Tuaregowie, zamieszkujący głównie tereny Mali i Nigru, a w Maroko stanowiący jedynie niewielki procent ludności. Wielu Berberów podaje się za Tuaregów chcąc przyciagnąć turystów oryginalnym strojem i barwnymi tradycjami.

Zza ciemnej otchłani słychać wieczorne modły Mubaraka wzywającego imię Allacha. Hassan, czy tu żyją skorpiony?, pytam.. Tak – uśmiecha się, podnosząc się na swój koc. – Ale nie są groźne– słychać przytłumiony głos zza dogasającego żaru.

 

Erg Chigaga

 

Gdy kolejnego dnia stajemy na ośmiogodzinny postój, na horyzoncie złoci się majestatyczny grzebień Ergu Chigaga. Delektowanie się widokiem wzburzonego morza piasku przerywa widok obszarpanych namiotów nomadów.

- Wiesz, kiedy ostatnio padał tu deszcz? – zaczyna rozmowę Hassan i nie czekając udziela odpowiedzi: 22 miesiące temu, ostatnio jesienią 2003 roku. Podbiega do nas chudy, umorusany chłopak, szczerząc szeroko bieluteńkie zęby. Patrzy się z zaciekawieniem, bez żadnego skrępowania. Zza kotary przenośnego namiotu wychyla się nieśmiało szczelnie otulona czarnym turbanem głowa. Za jakiś czas znowu przeniosą się z całym swoim dobytkiem w inny rejon pustyni, czasem w pobliże oaz, czasem daleko od nich. Gdy docierają na obrzeża pustyni, mężczyźni organizują wyprawy na targi i bazary w celu zakupu podstawowych produktów.

Przed zachodem wdrapuję się na najwyższą wydmę. Olbrzymia bryła słońca, przypominająca wnętrze pieca hutniczego, kunsztownie nadaje pustyni ceglano-czerwony odcień. Z każdą minutą piasek coraz mocniej smaga moją twarz. Po kilkunastu minutach wargi dopada dobrze już znane uczucie. Na ich wyschniętej powierzchni tworzy się słona skorupa, do której kleją się nieustannie ziarnka piasku. Tak smakuje przygoda.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
realizacja: strony internetowe - intersum.pl