El trueqe – tak mówi się w Argentynie na barter - może uprawiać każdy, kto posiada atrakcyjny dla innych towar. Ludzie nie mieli pieniędzy, więc wymieniano niemal wszystko – książki, odzież, buty, kosmetyki, jedzenie, antyki. Nowy członek, zwany w odróżnieniu od tradycyjnego konsumenta prosumentem, dostarcza w depozyt klubowi swoje towary, które wędrują na bazar, otrzymując w zamian 50 creditos – lokalną walutę, dzięki której może nabyć towary innych. Każdy klub posiada swój grafik spotkań barterowych. Porządku pilnują wyznaczeni koordynatorzy. El trueqe miał reanimować zniszczony rynek, unikając błędów, które doprowadziły do jego ruiny. Z założenia el credito jako pieniądzowi społecznemu i prywatnemu (emitowany przez kluby) przypisano jedynie funkcję wymienną - nie mógł służyć do akumulacji, generować zysku, ani być podstawą spekulacji. Miała to zagwarantować niepodważalna reguła: wychodzisz z klubu, zwracasz 50 creditos, co chroniło również przed inflacją. W niektórych klubach wprowadzono dodatkowe obostrzenie: credito tracił z biegiem czasu ważność (data widniała na banknocie). To uniemożliwiało akumulację, napędzając jednocześnie jego cyrkulację.
Uczestnictwo w el trueque gwarantowało obniżenie kosztów codziennych zakupów o około 50 %, co dla milionów okazało się jedyną szansą na wyjście ze spirali kryzysowych długów. Creditos zaczęły akceptować nawet hotele w słynnych regionach turystycznych Argentyny – Mendozie, Salta y Mar del Plata. W końcu z creditos w kieszeni wyemitowanymi przez kluby w sieci RTG można było jechać do Urugwaju i Brazylii, gdzie je akceptowano. Kryzysowa waluta przeniknęła do służby zdrowia, co dla ponad 50 % Argentyńczyków bez ubezpieczenia zdrowotnego, którzy musieliby płacić horrendalne ceny za pomoc medyczną oznaczało wybawienie. Członkowie klubów otrzymali tanią i szybką pomoc lekarską, włączając usługi dermatologów, ginekologów, dentystów i psychologów, płacąc w creditos za ich robociznę. Za drogie materiały i skomplikowane operacje akceptowano tylko peso.
Handel wymienny rósł. Powstawały pierwsze mikroprzedsiębiorstwa, wypuszczające na bazary najprostsze produkty. Zatrudniano najbiedniejszych, którzy prócz prawa do wymiany otrzymywali ciepłe posiłki, co nieraz ratowało im życie. Dla przykładu w dzielnicy Buenos Aires - la Red Zona Oeste założono małą firmę zatrudniająca 11 ludzi, którzy piekli 1200 pizz dziennie. Mąkę produkowano adekwatnie do potrzeb. Dzięki stałej wymianie obniżano koszty produkcji. Naturalnie miało to swoje ograniczenia - mikrofirmy zaspokajały podstawowe potrzeby egzystencyjne jej właścicieli i pracowników, nie zdobywając środków na inwestycje i rozwój. To z limitami el credito nie wchodziło w grę. Dzięki el trueqe przetrwało jednak wiele dużych przedsiębiorstw. O przypadku firmy Lourdes S.A. w San Rafael mówił cały kraj. Przetwórnia artykułów spożywczych zatrudniała ludzi z regionu od 40 lat. Zwłoka ze spłatą długów groziła bankructwem. Firma dołączyła do barteru, otrzymując swoje transze creditos, które z kolei zgodzili się akceptować chłopi, od których fabryka kupowała produkty i którzy znów mogli rozpocząć przerwane zbiory. Produkcja ruszyła. Pracownicy zgodzili się otrzymywać wypłaty w creditos (500 miesięcznie), dopóki zakład nie stanie na nogi. Fabryka mogła już w peso spłacić pierwsze długi. W Ameryce Południowej zrodził się wielki klub barteru pod nazwą – Argentyna.
Zrobił swoje, może odejść
Marzenia o spontanicznej kreacji alternatywnej, wolnej od spekulacji gospodarki studzili ekonomiści, i to nie tylko ci z etykietą neoliberałów, przekonując, że barter w pełni zależy od regularnej ekonomii; sam w sobie nie dostarczy ludziom narzędzi, maszyn, paliwa, leków, energii, mąki, cukru, które trzeba wyprodukować i nabyć za ogólnoakceptowalną walutę.. El trueque określali rynkiem pożytecznym, jednak komplementarnym.
Po drugie, by dołączyć do ruchu, należy mieć minimalny kapitał. Barterowy boom 2002 r. tworzyła przede wszystkim klasa średnia, ta która przehulała całe lata 90. Biedni znów zostali z boku. W okołomiejskich slumsach – villas miserias, biedota nie miała nic, co mogło by być atrakcyjne dla innych. Ponadto, większość szukała na bazarach pożądanej żywności, oferując w zamian starą odzież czy zużyte przedmioty. Produkty żywnościowe stały się w końcu deficytowe, a popyt na nie wywindował ich ceny. Brak atrakcyjnej oferty spożywczej zniechęcił do bazarów klasę średnią.
Problem leżał też w samym credito. Członkowie klubów musieli zaakceptować, że waluta ograniczona jest do wymiany handlowej między innymi członkami, w przeciwieństwie do peso akceptowanego przez wszystkich. Po drugie liczyli, że w zamian znajdą na bazarze produkty których potrzebują. A zdarzało się to coraz rzadziej. Credito stawał się coraz mniej atrakcyjny. Lokalna walutę pogrążyła decyzja rządu z początku 2002 r. gwarantująca miesięczną dotację w kwocie 150 dolarów dla bezrobotnych gospodyń domowych oraz machlojki przy emisji credito – masowe fałszowanie, fingowanie nowych członków, nademisja powodująca inflację, sięgającą 500 %. Z powodu masowego napływu nowych członków, dotąd kameralne kluby z silnymi więziami zaufania między członkami urosły do niekontrolowanych, rozspekulowanych molochów z ubogą ofertą żywnościową. To oznaczało ich schyłek.
Come back?
Nie zmienia to faktu, że barter pozwolił milionom ludzi zacząć wszystko od nowa. Świadkowie ruchu podkreślają czynnik psychologiczny – wielu załamanych ludzi mogło znów wejść w społeczny krwiobieg, zaoferować coś innym, przydać się. – Zanim dołączyłem do klubu straciłem wszystko: pracę, wiarę w siebie i swoją godność. Gdyby nie trueque, byłbym martwy – mówi Ricardo Jordan, lokalny artysta. Na bazarach oferowano świeże, domowe potrawy. W grupie raźniej przetrwać ciężkie chwile - barter spajał lokalne społeczności, uczył solidarności.
Dziś w Argentynie działa 500 klubów barteru. Trudno oszacować liczebność ich członków, choć rzecznicy ruchu twierdzą, że ich liczba w relacji do roku poprzedniego wzrosła dwukrotnie. Czyżby efekt światowego kryzysu? W 2002 r. fenomenalny eksperyment pod nazwą el trueqe pozwolił milionom ludzi kupić chleb, zaoszczędzić, spłacić długi i wyjść z największego kryzysu w historii. I pewnie nie po raz ostatni. Jak widać, nie tylko przyjaciół poznaje się w biedzie.