|
W serbskiej wiosce życie płynie wolno. Szczególnie starcowi. Dobrze wyciągnąć stopę z sandała i ogrzać ją na wiosennym słońcu. Popatrzeć na góry, zagadać znajome dzieciaki, odpalić papierosa. Kupić w jedynym sklepie wnukowi śmietankowego loda, zajrzeć do winnicy. W małej wsi dźwięki mają ciągle znaczenie. Po rytmie chodu pozna kto idzie, po odbiciach piłki o mur, kto grał będzie na boisku, po rytmie wody w ulicznym korytku, jak długo padał deszcz. A jeśli jadą Albańczycy, to pewnie z Rahoveca – handel robić albo na gościnę, jakby wydarzenia sprzed dekady - błysk rakiet po niebie, ataki Albańczyków zza wzgórz, konwoje serbskich dzieci do szkół - były wytworem fantazji i medialną manipulacją. Wierzyć się aż nie chce w takie historie, wina się lepiej napić, rakiji gęstej nawet i spokojnie zasnąć. I jeśli komu się tu chce cokolwiek bombardować, to upartej pszczole kąsającej w nieodpowiedzialnie wygramolonego przez dziurę w skarpecie dużego palucha. W kwietniu 2010 r. Władze Kosowa wyłączyły stacje przekaźnikowe serbskich sieci komórkowych na swoim terenie. Ponad 100 000 ludzi zostało odciętych od jedynej drogi kontaktu ze swoimi bliskimi w Serbii. Belgrad wzywał rodaków do oporu. W odwecie kosowscy Serbowie wysadzili w powietrze kilka masztów antenowych używanych przez albańskie firmy komunikacyjne |