Tłumaczy dla mnie:
Translateria
Zapisz się do usługi newsletter, aby być na bieżąco
      
badania materiału genetycznego
 
Historia lodowej głupoty..

Nie jest w Tatrach najwyższy, ale na pewno najpotężniejszy i najbardziej majestatyczny. Jeśli widać Tatry, na pewno widać Lodowy, chyba że punktem obserwacji są zachodnie rubieże pasma. Pogoda pierwszego dnia dopisywała, co prawda po dwóch godzinach spaceru w dolina lunęło, ale po chwili zza mgieł wyłoniły się Jaworowe turnie, cholera, chyba z tej perspektywy jeszcze bardziej majestatyczne niż sam Lodowy. Turnie to niemal mityczne – to na nich taternicy pokonywali kolejne granice niemożliwego, tutaj miały miejsce najsłynniejsze wypadki i akcje ratunkowe.  W dolinie pustka. Do czasu.  

Pojawiła się grupa 17 osób z Polski. Z oglądu i "podsłuchu" wiem tyle: są grupą, jest wśród nich organizator, idą przez Lodową do Chatki Teryego, jednego z uczestników łapią skurcze łydki. Poza tym (mówi część grupy) -  są nieprzygotowani, mają dość, „czy jeszcze daleko?, ale mnie Pan pocieszył..”Potem grupa zaczyna  rozciągać się na odcinku około kilometra na etapie stromego podejścia. Różnica czasowa między pierwszą podgrupą (wśród nich organizator) a ostatnią (wśród nich pan ze skurczami) rośnie i urośnie do około 3 godzin. Do przełęczy prócz wielkiego zmęczenia nic się nie działo. 

 

Kiedy stałem na przełęczy, w dół w stronę Lodowego Stawu zaczęła się opuszczać podgrupa prowadząca (bez organizatora, który bodajże z kimś jeszcze dawno zbiegł w dolinę). Północna strona przełęczy jest jeszcze zaśnieżona i zalodzona. Wycieczkowicze mieli na nogach adidasy. No i się zaczęło.  Zaczęli się bać. Zrozumieli, że poślizgnięcie na tym terenie grozi błyskawicznym lotem na sam dół. Obrócili się twarzami do stoku i zaczęli schodzić jak po drabinie, kroczek po kroczku. Prócz ostatniego z podgrupki, który zaczął zachowywać się dziwnie. Dziwnie na tyle, że zszedłem kilka metrów niżej i zacząłem się przyglądać. Człowiek nie potrafił zrobić kroku, cały drżał i gdyby mógł wbił by się pazurami w skałę. Klasyczny wysokogórski paraliż w  wyniku lęku wysokości. Druga scena rozgrywała się w tym samym czasie niżej. Grupa wpadła na idiotyczny pomysł, żeby najpierw zrzucić na dół plecaki (!),a potem zejść na dół „na lekko”. Zrzucili pierwszy plecak. Ten zaczął się rozpadać, a ze środka wylatywały dokumenty, ubrania, flaszka wódki. Chwilę wcześniej prowadząca dziewczyna znajdująca się mniej więcej w połowie stoku  poślizgnęła się. I zaczęła lecieć, lecieć coraz szybciej.. A za nią ten plecak..Plecak leciał z większym przyspieszeniem i zbliżał się jak bomba w kierunku jej głowy. Obstawiałem dwa rezultaty: albo dziewczyna rozbije się o skały na dole albo wcześniej rozbije ją plecak. Na szczęście śnieg na dole był jeszcze na tyle roztopiony, że udało jej się cudem wyhamować, a plecak zatrzymał się na  śnieżnej muldzie. Ostatnia podgrupka schodziła stokiem kilka godzin później, kiedy śnieżne podłoże wieczorem znów stwardniało.

 

Celnie całe przedsięwzięcie podsumował  jeden z uczestników, który po dotarciu do schroniska powiedział organizatorowi: - To jest igranie ze śmiercią.. albo jeszcze jeden, który pod jego adresem wyrzucił z siebie mocną wiązankę epitetów. Mieli górę szczęścia, że nikt nie ucierpiał.  Zejście nie było trudne, ani nad wyraz niebezpieczne, pod warunkiem, że miało się na nogach porządne buty, ewentualnie jakiś kijek trekkingowy. To wystarczyło, żeby swobodnie, sprawnie zejść przodem na sam dół.  Za  akcje ratowników tak nieodpowiedzialni ludzie powinni płacić. A to że nie płacą jest jakimś absurdem.  Po drugie, zdjęcia takich gości powinny wisieć na tablicach przed wejściem do Parku z podpisem: „tych klientów nie wpuszczamy..”

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
realizacja: strony internetowe - intersum.pl