|
Podlasie ma chyba więcej wspólnego z południem, niż myślałem. Nie dość że naprzemiennie Polską Amazonią nazywa się Biebrzę albo Narew, to życie płynie tam jakby wolniej. Jak wieś, to wieś – wzdłuż drogi lipy, po ulicach łażą krowy, za nimi kłapie pasterz, a i czasu wystarczy, żeby wieczorem na przydrożnej ławce odetchnąć, gardło czym chłodnym przepłukać i najzwyczajniej w świecie, bez wyrzutów się przed siebie pogapić. I choć przez ostatnie lata wiele się zmieniło - jak wszędzie komórki, internet, satelity, to ma się wrażenie, że ludzie od tego nie pogłupieli. A niechby te cudeńka elektroniczne zakłóciły nawigację bocianom, które Podlasie sobie ukochały i ani myślą się stąd wynosić? I przez takie właśnie okolice szwęda się Narew. Z początku od Suraża płynie dosyć zdyscyplinowana, za Bokinami zaczyna się rozłazić we wszystkie strony, jeszcze na chwilę wziąć w garść, żeby za Topilcem pofolgować sobie już na amen, snując się jak pijaniutka od szuwarów po gałęzie, od gałęzi po szuwary, gubiąc się co chwila, wracając po omacku, szukając zgubnych skrótów, grzęznąc w końcu w ślepych uliczkach. I co się tu dziwić, że w takich okolicach obsadził miejsce swoich powieści Edward Redliński - m.in. słynną „Konopielkę” w fikcyjnych Taplarach czy „Awans” w równie fikcyjnym Wydmuchowie. Takie dzieła mógł napisać tylko ktoś wrośnięty w miejscowe zwyczaje i przesiąknięty aurą okolic. Pisarz wychował się we Frampolu, podlaskiej wsi w rodzinie chłopskiej i od dziecka obserwował narwiańskie otoczenie i próby modernizacji wsi. Dla ludzi z wiosek ukrytych za bagiennymi moczarami kontakt z nowym oznaczał rewolucję. I o spowodowanym nią zamęcie w chłopskich głowach pisał kapitalnie Redliński, czerpiąc pewnie wzorce zachowań swoich bohaterów z poczynań sąsiadów. Stworzył w swojej powieści legendarne już Taplary, których pierwowzorem musiały być podlaskie wioski. I co się dziwić, że z inicjatywy burmistrza Suraża, który ponoć „Konopielkę” zna na pamięć, stworzono w okolicy Szlak Konopielki, przebiegający dookoła gminy Suraż przez Kowale, Suraż, Zawyki (z 40 bocianimi gniazdami!), Doktorce, Lesznię, Zimnochy, Rynki, Średzińskie i Fermę. I co się tu dziwić, że postanowiłem powiosłować po Narwii kajakiem. Spływ zaczynamy w Surażu. Dziwne to miejsce: ni to wieś, ni miasto, a do tego w święto Bożego Ciała - po asfalcie ścielą się płatki łąkowych kwiatków po porannej procesji, kościółkowo wokół jakoś i smętnie. Ale gdyby tak na przydrożnej ławce w cieniu przycupnąć, to wieś jak się patrzy: pasterz pogania bydło, ale pośpiesznie, na rowerze pedałując z batem, żeby rychło wdziać niedzielne mokasynki i odświętną koszulę w spodnie wpuścić, jak grono miejscowych gospodarzy rozsiadłych wokół sklepowego stolika i rozochoconych zimnym łykiem miejscowego browaru. No to wieś to w końcu czy miasto? – myśleć nie przestaję i rozpytywać zaczynam. 996 mieszkańców liczy Suraż (stan na 16 czerwca 2010 r.), prawa miejskie w 1445 r. uzyskał i gdyby w nim (nie daj że Bóg) o 55 mniej ludzi mieszkało, byłby najmniejszym miastem w Polsce. Póki co pierwsze miejsce należy do mazowieckich Wyśmierzyc, co zresztą wypisano jak wołami na witrynie urzędu miasta (942 mieszkańców). Chciałoby się wierzyć, że mamy w Polsce ”ostatnie zajazdy” dzikiej natury, puszcze z turami, jak w Mickiewiczowskich świteziankach i tetmajerowskich poezjach. A jak tu się nie łudzić, kiedy przyjeżdża człowiek do takiego Suraża, zjawia się u gospodarza wypożyczyć kajaki, a ten przedstawia się jako Pan Tadeusz i na swój sad nad rzeczką zaprasza. Rzeczkę, to jest Narew, wieczorem przekracza stado koni, brodząc po same uszy, parskając po tym na brzegu, w krzaczkach figlują czaple, a my z Panem Tadeuszem rozprawiamy o lokalnych sprawach. Jakby czasu starczyło to i na grzyby byśmy poszli, bo Pan Tadeusz już był i gąsek do domu naniósł. Wiosna dopiero, prawdziwków i podgrzybków jeszcze nie uświadczysz, ale jak jesienią wysypią, to nic tylko z kosą chodzić. Ale rydzów już nie znajdziesz, cudem chyba jedynie, rosły kiedyś rude jak wiewiórki, ale przepadły. Może i powódź na południu szkód narobiła, ale tu, nad Narwią? A gdzie tam! Narwiańskie moczary działają jak gąbka, naturalny zbiornik retencyjny wchłaniający nadmiar wody. A wchłonąć może tyle, że żaden sztuczny zbiornik mu nie dorówna. Zbudził się dzień, mgły znad rzeki powstawały, od brzegu już czas odbić a tu na świecie zawierucha, wicher po szuwarach wariuje, brzózkami chatę za karę chłosta, jakby wiedział, że w nocy ktoś w środku nabroił.. – Ja w taką pogodę to by i swoich krewnych na rzeczkę nie posłał – osądza rano Pan Tadeusz. Szybko się jednakże wypogadza (choć duje dalej niemożebnie) i w południe rozcinamy już wiosłami krystaliczną wodę. Za Łapami Narew się wyraźnie rozlewa. I którą odnogę wybrać? Niby wyróżnia się główne koryto, ale kusi diabelsko, żeby się w tajemniczo błyskającą „uliczkę” wtarabanić i pokręcić po niebiesko-zielonym królestwie. Głęboko tu być musi, ponoć mała poboczna rzeczułka może mieć i 3-4 metry głębokości! Szuwary tak wysokie, że ani widu.. ale za to słychu! O, i to ile słychu! Piszczy coś po krzakach, szwargoce, chwarsta, duka, stuka, wydziwia a zliczyć i porachować tego nie sposób. Niektórym się udało (cierpliwi to ludzie być musieli) i stworzyli statystyki, według których w Narwiańskim Parku Narodowym występuje: 500 gatunków roślin naczynowych, w tym 20 gatunków chronionych, rzadkich i zagrożonych, 40 gatunków ssaków, 22 gatunki ryb i jeden gatunek minoga, 13 gatunków płazów, 3 gatunki gadów, wreszcie 203 rodzajów królującego tu ptactwa – perkozów rzdawoszyich, gęgaw, cyraneczek, kszyków, kropiatek, krawawodzióbów, samotników, śmieszek, podróżniczek, potrzosów i całej niewysłowionej reszty.Ze statystyk jednak nie wyczytasz, co to za potwór po krzakach straszy. Pohukuje jak sowa, ale sowa być to nie może. Dźwięk jakby kto w pustą rurkę dmuchał jak Indianin po dżunglach. Może to łoś? Łoś to czy nie łoś? – pytam się sam siebie i głuche pohukiwanie mi odpowiada. We wsi mówili, że łoś, co może być prawdą, bo jak się opracowania naukowe wyrażają, obszar ten jest dla łosia biebrzańskiego ważnym szlakiem migracyjnym. A może to te duchy o których w okolicy opowiadają? Tych co się w zielonym piekiełku zgubili i do dziś dzień wyjścia szukają, wołając z zaświatów o pomoc. A czy statystyki mówią, że taki jeleń czy Bóg wie co może niechcący koło głowy przelecieć, gdy jej właściciel na rzeką po wieczornej strawie garnki szoruje i przez takie niespodzianki zawału omal nie dostał?Ale zanim to nastąpiło, minął zdychany już niemiłosiernie Topilec i zaraz za wioską rozbił się na kempingu. No może za dużo powiedziane – w zacisznym lasku sosnowym z tablicą z napisem „kemping”, co jest nie lada gratką, bo w parkach narodowych można nocować tylko na wyznaczonych i przez to zwykle gwarnych polach biwakowych. Poza tym o nocy na dziko nie ma co marzyć. Wszędzie moczary, woda, bagna - namiotu nie rozłożysz. A tu taka niespodzianka – pustka. I dobrze - bez ludzi inaczej świat się przedstawia, prawiej i harmonijnej, honorowo i z zasadami. Co nie znaczy, że jest sielanka. Było tak. Wymęczeni słońcem, wiatrem i machaniem wiosłami legliśmy na wznak. Zamknie człowiek oczy i już wie, czemu tę Narew Amazonią przezywają. Nocą szuwarowa orkiestra zaczyna swój koncert jak najprawdziwsza dżungla, wydając z siebie pogmatwanie dźwięków, dzikie i rozpasane, ale jednocześnie błogie i usypiające. Oczy się kleją, miękko już się w nogach robi, a tu nagle zaczyna padać deszcz. Rzęsisty, tęgi, grad chyba i do tego wali jak najęty o podłogę namiotu. – Termity, jasny gwint! – zrywam się na nogi, bo raz już taki „deszcz” w centralnej Afryce przeżyłem i miłe to nie było. Ale to nie termity. Kopie coś w podłogę, ryje, drapie, po ziemi ręką macam i wyraźnie łebek czyjś wyczuwam. Łebek się orientuje, że ktoś mu się w jego posesji rozgościł, bo po kilku próbach przebicia niespodziewanej przeszkody odpuszcza i chowa się potulnie pod ziemię. Kret, ryjówka aksamitna, ryjówka malutka, rzęsorek rzeczek, nornica ruda, karczownik, nornik północny, nornik bury, nornik zwyczajny, mysz domowa, szczur wędrowny, badylarka, mysz polna i mysz zaroślowa – łebek jednej z nich musiałem macać, bo takie stworzenia nad Narwią harcują. O świcie promienie wypędzają nas z nagrzanego namiotu. I znów: słońce, wiatr, woda. W Waniewie przy brzegu błąkają się rybacy w „pychówkach” - drewnianych łódkach. Dalej znów królestwo błękitu i zieleni. Flagę w takich kolorach powinno mieć Podlasie! Może jeszcze z symbolem starego, gołego drzewa, które nad Narwią samotne sterczą, jak straszydła czyhając z pazurskami na nieostrożnych wędrowców. Heraklit się wyraził, że dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi. Musiał mieć na myśli Narew. Świadomi tego włodarze parku zadbali o nawigację i wetknęli w dno kierunkowskazy. Jeden z nich prowadzi zaułkami do Kurowa, siedziby Narwiańskiego Parku Narodowego. Płynął by człowiek dalej, gdyby czasu starczyło, aż do samych Rzędzian, ojcowizny Rzędziana (pachołka Skrzetuskiego z „Ogniem i mieczem”), gdzie kończy się Narwiański Park Narodowy. Płynął by człowiek dalej, czerstwiał ja Pan Tadeusz i hartował umysł i ciało, marząc, żeby tej dzikości dla wszystkich starczyło, o co trudno, bo nas jakby więcej, pełniej i głośniej, a dzikich ostępów coraz mniej. Przez co autor tego artykułu przed ostatnią kropką się zastanawia, czy dobrze zrobił, że taką małą, narwiańską tajemnicą się z Czytelnikiem podzielił. |