|
Z auta wysiada brodaty mężczyzna o arabskich (berberyjskich?) rysach i w północnoafrykańskim stroju (luźne spodnie, wzorzysta koszula). Za nim reszta pasażerów – żona, szwagier (?), dzieci, jedne, druge, piąte, mniejsze, większe, mniejsze; krzyczą, gestykulują, wyciągają bagaże: stołki, szmaty, walizki, kubły, worki, siatki, pudła, rozciągają wielka płachtę na złożone obok wozu stosy bagażu i przymocowują ją do dachu, budując zaimprowizowany namiot; uszczelniają go, poprawiają i ładują się wszyscy do środka: ojciec, matka, szwagier (?), dzieci: mniejsze, większe, mniejsze, włażą, wyłażą, piszczą, skakają, wypychają, wpychają, tłuką, tarmoszą. Przed autem góra bagaży. A bagażnik jak zaczarowany - pełny, nabity po sam sufit, jakby nic z niego nie ubyło, zdaje się, że byliby w stanie upchać w nim dowolną ilośc przedmiotów, a on dalej nie uległby przepełnieniu. Tłumy Arabów i Berberów wyjeżdża z Afryki za chlebem do Europy. Pracują na fabrykach, budowach, w gastronomii. Europeizują się, „cywilizują”, dostosowują. Co roku (najczęściej w sierpniu) wracają na wakacje do swoich domów w Maghrebie - do glinianych lepianek w Djanet, slumsów w Casablance, pustynnych namiotów pod ergiem Chigaga. Ledwie ruszą w drogę na ojczyste ziemie i już wracają do swoich nawyków. Jak ta rodzina na parkingu - bez skrępowania, bez oporu rozbijając pod austriacką stacją benzynową swoje nomadyczne schronienie, w którym zalegną ściśnięci obok siebie jak szprotki. W Maghrebie, podobnie jak w całej Afryce (a już niekoniecznie w Azji czy Ameryce Łacińskiej) w środkach transportu rzuca się w oczy ciasnota. Do jednego starego mercedesa-beczki, niezwykle popularnego w Maroko, potrafi wsiąść dziewięć osób, do gabońskiego busa z jedenastoma miejscami siedzącymi – dwadzieścia cztery osoby, na ciężarówkę w Nigrze – niepoliczalna liczba ludzi i towarów zmiażdżonych w jedną zakurzoną masę. Skąd ten mus (potrzeba?) tak niekomfortowego, ba, wykańczającego gniecenia się i gnieżdżenia? Nasuwa się łatwa odpowiedź: bo jest mało samochodów, dziennie dwa autobusy na krzyż, więc wszyscy podróżują stłoczeni. Takie wyjaśnienie jednak staje się niewystarczające w krajach, gdzie środków lokomocji jest pod dostatkiem (na przykład Maroko, Egipt). Przez Saharę przez wieki podróżowano w karawanach złożonych z setek ludzi i wielbłądów. W grupie było bezpieczniej – łatwiej schronić się przed burzą piaskową za zaporą wielbłądzich ciał, odstraszyć bandytów, znaleźć wodę, nie zgubić kierunków, osiodłać narwanego wielbłąda. Z biegiem lat karawany zostały zastąpione przez ciężarówki i samochody. Nie zmieniły się za to stopa przyrostu naturalnego, tradycyjne więzi klanowe i rodzinne, a w wielu rejonach normą pozostaje poligamia. Jak trzeba jechać na jarmark - to z rodziną, trzeba wtedy zabrać żonę, bo tylko ona ona umie dobrać zastawę do stołu, a jak się zabiera tą pierwszą, to trzeba zabrać i drugą, bo się obrazi, a do tego dzieci, te z tą pierwszą i te z tą drugą, a zresztą komu by tu przyszło do głowy, żeby dziewięcioosobową rodzinę wsadzać w dwa oddzielne samochody? Chyba jakimś dziwakom. |