|
Wyjechaliśmy z Makokou około 11 rano mając przed sobą 17 godzin jazdy przez gaboński interior do Libreville. Wóz był starannie upchany afrykańskimi ciałami. Panuje tu zupełnie inna kultura i rytm rozmowy niż w nie-Afryce. Wszyscy bez wyjątku posługują się gabońskim francuskim. Czy siły kolonizacyjne były tak duże czy fundamenty lokalnej tożsamości okazały się zbyt wątłe? A może i tak i tak? Z początku panuje harmonijna wymiana zdań, przecinana regularnie wspólną salwą śmiechu. Wreszcie polemika zaczyna nabierać pędu i brawury. Część dyskutujących przestaje przestrzegać, zdawało się niepisanych reguł debaty. Zaczynają się tworzyć grupy i podgrupy , których nie sposób sklasyfikować Rodzące się kompromisy i konsensusy wymuszają tymczasowe rozejmy. Błyskawiczne transfery w ramach grup i podgrup nasilają atomizację sporu. Bus przypomina rozjuszonych manifestantów wykrzykujących krewko swoje racje. Następuje finalna dekonstrukcja grup, podgrup i doraźnych sojuszy. Każdy pogrąża się w mantrycznym słowotoku, wygłaszając swój monolog, torpedujący wszystko dokoła i zlewający się w jedną gargantuiczną całość. AM |