Historia ta może się okazać nudna. Ale czy chodzenie po pustyni nie jest z zasady nudne? Być może nie u każdego przychodzi w życiu moment, kiedy chce samotnie przejść przez pustynię, ale u mnie przyszedł. Dwa lata temu. Nie wiem, czy do końca tej opowieści uda mi się wytłumaczyć – dlaczego? W każdy razie zaczęło się tak:
- Hola amigo! – podeszli do mnie pierwsi.
- Hola.. – odpowiedziałem z zaciekawieniem
W zasadzie nie mogliśmy się sobą nie zainteresować. Ja wyglądałem co najmniej podejrzanie, stojąc na dworcu w chilijskiej Calamie z całym ekwipunkiem wśród barwnych Indian, oni z ogorzałymi twarzami, niedbałym zarostem i wielkimi sombrero przypominali kowbojów z Dzikiego Zachodu.
- To po coś tu przyjechał z tymi wszystkimi betami? – gapił się w mój ekwipunek.
- Chcę przejśc Atacamę do oceanu.
- Sam?
- No sam..
- Ty, Rodriguo! Chodź no! – David zawołał brata. - Słyszysz? On gada, że będzie szedł przez Atacamę. Sam.
- Amigo, zapraszamy cię na nasze rancho..
Załadowaliśmy bagaże do autobusu i ruszyliśmy do San Pedro de Atacama.
- Tak naprawdę spadliście mi z nieba – kontynuowałem pogadankę.
- Z nieba?
- Z nieba, z nieba. Siedzę nad tą Atacamą pół roku i dalej więcej nie wiem, niż wiem.
- O to niedobrze, amigo..
- Pomożecie?
- Nie mogłeś lepiej trafić. – rzucił dziarsko Rodriguo i włożył na uszy wielkie słuchawki (salsa).
Całe życie bez deszczu
Pół roku wczesniej z chilijskiego Wojskowego Instytutu Geograficznego zamówiłem zestaw map topograficznych z 1984 r. (najbardziej aktualne). Oczywistym rozwiązaniem wydawała się konstrukcja wózka, na którym mógłbym ciągnąć ekwipunek i niezbędny zapas wody. Skaliste podłoże, salary i wyniosłe góry występujące w tej części pustyni wykluczyły ten wariant.
Dlatego zamówiłem plecak transportowy (135 l), do którego miałem przez czternaście dni wkładać swój przenośny dom.
Atacama to najbardziej sucha pustynia świata. Notuje się obszary, gdzie nie rejestrowano opadów od 400 lat. Ba, żyją tam ludzie (szczególnie ci starsi), którzy nigdy w życiu nie widzieli osobiście deszczu. Jedynie w telewizji, ale to nie to samo. Woda z nieba jest tak nierealna, że gdyby nagle spadła, byłoby to najważniejsze wydarzenie w ich życiu, data ta zostałaby zapisana w kronikach i byłaby punktem odniesienia dla wszystkiego co przedtem i potem.
Dlatego nie mam co marzyć o źródłach wody.
Dlatego też uważnie przyjrzałem się mapom, które dotarły wreszcie z Chile. Nie ma studni, nie ma słodkowodnych rzek, strumyczków, nie ma nawet kaktusów (to już wiem z innych źródeł), nie ma nic. Prócz kopalni, jedna na drugiej, litu, miedzi, potasu, Bóg wie czego, jakby Atacama była jakimś światowym magazynem surowców.
Bo jest.
Moja pierwotna trasa miała wieść wokół Wielkiego Salaru (jego wschodnim brzegiem), pradawnego wyschniętego jeziora silnie nasyconego minerałami, tworzącymi twardą skorupę solną, przez kopalnię El Litio na jego południowych krańcach, dalej na zachód przez Kordylierę Domeyki aż do Pacyfiku (około 300 km). Niestety – Atacama nie jest już nietknięta pustką. Są drogi, linie energetyczne, po niebie latają samoloty. Planuję trasę tak, by jak najwięcej spędzić w puro deserto (czystej pustyni). Odcinek od El Litio do kolejnej kopalni San Cristobal budził obawy. To około 120 km bez źródeł wody. Biorąc pod uwagę zakładaną wagę sprzętu, cztery litry dziennie wody miały wystarczyć.
Do Antofagasty jechałem z Valparaiso sypialnym autobusem osiemnaście godzin. O poranku za oknem ujrzałem gęstą mgłę. Gdy się podniosła po lewej ukazał się burzliwy ocean, po prawej Atacama – spieczona, monotonna i niemiła. Przykleiłem się do okna. Najnormalniej w świecie obleciał mnie strach. I rozmyślałem: a jak 4 litry nie starczy? Pół roku przygotowań, treningi, cuda wianki i teraz zrezygnować? A jakby tak posiedzieć w jakimś miłym pueblo nad oceanem i porobić parę zdjęć od picu? Kto się dowie? A kto sprawdzi, kiedy te rzesze eksplorerów i literatów zmyślały, budując swoje legendy? No kto?
W drodze z Calamy do San Pedro zamajaczyły majestatyczne wulkany z najwyższym Licancaburem (5900 m npm). Do oazy dojeżdżaliśmy późnym popołudniem. Nie mogłem zobaczyć San Pedro po raz pierwszy o lepszej porze.
- Już widać w dole San Pedro – oznajmił David. - A o prawej zaczyna się Dolina Księżycowa – wskazał na purpurowy krajobraz za oknem. Jutro tu przyjedziemy. Teraz znajdziemy Ci nocleg.
Ja co prawda wtedy od razu poszedłem padnięty spać, ale my zatrzymajmy się nad doliną już teraz.
Valle de la Luna, jedno z najsuchszych miejsc na Ziemi. Stajesz na nad szeroką, pooraną kotliną rozciągającą się kilkaset metrów pod stopami. Skały wyglądają jakby ziemia zastygły w metaliczny fiolet, w których śliską strukturę nie są w stanie się wgryźć żadne porolubne rośliny, po której nie są się wstanie wspiąć się żadne czułkowate insekty, jakby ktoś strachem chciał wzbudzić w przybyłych szacunek do wody, jakby celowo wystawił na pokaz martwy plac ziemi z przesłaniem: wszystko inne jest życiem.
San Pedro de Atacama
San Pedro to dziwne miejsce. Chyba w całym Chile nie ma bardziej komercyjnej miejscowości turystycznej. Kafejki internetowe rozpychają się pomiędzy hotelami, lokalami i agencjami podróży, w które znakomicie wkomponowuje się międzynarodówka backpacarsów. O dziwo, w ogóle nie zakłóca to aury pustynnej oazy. Na ulicy wygrzewają się psy. Ciemnoskóre indianki sprzedają swoje tkaniny i liście koki, wieśniacy prowadzą leniwie objuczone osły. W pueblo złożonym z szeregu zakurzonych uliczek i jaskrawo białych ziemianek czuć pustynię. To ona jest przyczyną takiego stanu rzeczy. Wszystkie osady na świecie w pobliżu pustyń nabierają zadziwiająco jednakowej pokory. Miasta przy borach, dżunglach, wielkich wodach i górach bywają różne, nierzadko raptowne, chaotyczne, niesubordynowane. Na skraju pustyń zawsze są ciche, zmitygowane, posłuszne. Jakby nikt nie chciał się za bardzo wychylać.
W San Pedro z każdego miejsca widać wał ośnieżonych wulkanów rzucających cień na purpurę spieczonej pustyni. W miodowej poświacie i wszędobylskim kurzu kręcą się przeróżne typy – kowboje z lokalnych spelun, uciekinierzy z miejskich dżungli, hipisi, turyści, miejscowi indigenas – Indianie. Chyba wszyscy się tu znają. David przedstawia mnie coraz nowym osobom. Wypijamy w latynoskim szynku dwie butelki piwa i umawiamy się wieczorem na rancho.
Od dziś dla mieszkańców San Pedro de Atacama podobno nie mam już statusu turista czy viajero (podróżnik). Cieszę się uprzywilejowanym statusem aventurero (poszukiwacz przygód). Niechaj będzie.
Bracia
- Trzymaj się blisko mnie – ostrzega David, gdy w zupełnej ciemności idziemy pomiędzy ścianami budynków do rancha.
- Czy mógłbym u was skorzystać z internetu? – pytam naiwnie.
- Nie – odpowiada stanowczo
- ?
- U nas nie ma światła..
David i Rodriguo mieszkają na skleconym rancho na obrzeżach oazy. To typowe lekkoduchy, wolne ptaki, przewodnicy po okolicy, czasem kierowcy, bywa, że kominiarze. Gdyby zapytać tych wszystkich przybyszów, dlaczego tu zostali, odpowiedź pada jedna – me encanta el desierto (lubię pustynię). Ot, wszystko. A czy wszystko trzeba dziś tłumaczyć, argumentować, uzasadniać? Nie można powiedzieć po prostu: bo lubię? Tu jeszcze można.
Rodriguo tylko w metryce ma 40 lat. Duchem jest co najmniej 20 lat młodszy - wino, kobiety, śpiew, zrobi się jutro, gdzie się śpieszyć?, mańana, usiądź, poczekaj. Czy wszyscy muszą mieć grafiki, harmonogramy, awanse, lunche biznesowe? Rodrigou nie ma. I nie chce ich mieć. No i nie wyżyje bez salsy. – Niezły, nie? – podstawia mi do ucha głośnik z kolejnym utworem. Z nieustępującą iskrą w oku przedstawia mi swoją brazylijską piękność. Gabriela przyjechała do San Pedro na wycieczkę jako antropolog. Została już pół roku. Poznała Rodriguo .. na ulicy. – Hola amiga! – zagadał swoim rozbrajającym uśmiechem. Zaciągnął ją na rancho. Została do dziś.
Gospodarz prowadzi mnie na dach chaty.
- Już widzisz dlaczego tu mieszkam? – szepcze spoglądając w fioletowe smugi na stygnącym blacie pustyni. To jedyny moment kiedy spoważniał.
- To najczystsze niebo na Ziemi. Budują tu kolejne obserwatorium – dodaje.
Na rancho przyjeżdżają znajomi braci. Na stół wjeżdża chilijskie wino i wyśmienite pisco, narodowa wódka Chilijczyków. Śmiejemy się do rozpuku. W tle sączy się salsa, na kredensie pali się lampa naftowa. Tylko raz zapada cisza:
- Patrzcie! – ożywia się Gabriela. Za szybą zza wulkanu wschodzi księżyc – olbrzymi, jaskrawy jak słońce, który rozświetla całe pomieszczenie srebrną poświatą. To mój pierwszy dzień na Atacamie. Czy to fikcja?
A więc potrafię się jeszcze zdziwić, zachwycić. To najcenniejsze na drodze podróżnika, reportera, człowieka. Dlatego trzeba sobie poznawanie świata dawkować. Żeby uniknąć rutyny, żeby nie stwierdzić z przerażeniem, że nie emocjonuje mnie już zbliżanie do lądowania w nowym kraju, nowe rysy twarzy, nowe spojrzenia, nowy zapach powietrza.
Tak sobie myślę, wracając do swojej chałupy.
A po takich wydarzeniach jak u braci najciekawsze są powroty. Powroty po takich wydarzeniach są wydarzeniami. Wpierw nie wiedziałem w ogóle, w którą stronę mam iść. Gdy odgadłem azymut dziarsko wtargnąłem w środku nocy w coś na kształt kompilacji indiańskiej, butwiejącej faveli i mojego rodzinnego kurnika. Atakowany przez psy i pogoniony przez miejscową Indiankę dotarłem cudem do swojego łoża.
No – fikcja, fikcja jak nic.
Preinkaskie drogi?!
Wczesnym rankiem budzi mnie stukot do drzwi:
- Andres! Otwórz! Idziemy na policję zgłosić twoją wyprawę – oznajmia apodyktycznie David.
- Na jaką policję, coś ty zgłupiał?
- No ubieraj się, ubieraj! Musimy zgłosić twoją wyprawę.
- Na policję?!
- No nie marudź, chodź!
Poranek i zmierzch to moje ulubione pory na pustyni. Poranek jest ostry, konkretny, mobilizujący. Przypomina świt w górach. Jest chłodno przed godzinami skwaru i powszechnego otępienia. W pueblo roznosi się zapach pieczonego chleba.
W San Pedro w myśl latynoskiej filozofii dojście z punktu A do punktu B zajmuje zwykle dłużej czasu niż się zakłada. W zasadzie lepiej założyć, że z punktu A mamy dojść do punktu, powiedzmy, E. Wtedy już z czystym sumieniem można sobie odhaczać kolejne punkty. W punkcie B spotykamy znajomego, w punkcie C okazuje się, że robi się tak gorąco, że lepiej wejść do chłodnej knajpy, punkt D – jeszcze goręcej, kolejna knajpa, dopiero potem E – komenda policji.
- Panie sierżancie, mój amigo chce przejść samotnie pieszo z San Pedro do Antofagasty przez pustynię – peroruje David, wypełniając ciemną klitkę świeżymi oparami alkoholu. Jezu, ależ zaczyna bredzić - myślę. - Czy orientujecie się czy prowadzą stąd nad ocean jakieś preinkaskie drogi? – pogrążył nas do reszty, bełkocząc. Mundurowy przypominający Szwejka (ale z wąsem) zgłupiał do reszty i posłał nas w końcu do diabła.
- Skąd Ty wziąłeś te preinkaskie drogi? – zapytałem zaraz po opuszczeniu budynku kwiląc ze śmiechu.
- Nie żartowałem. Idziemy do naszej znajomej w Muzeum Antropologicznym, ona ci wszystko powie.
- ?
- Jest niezła.
- Kto?
- No znajoma!
Muzeum zostało założone w 1963 r. przez belgijskiego księdza Gustawa Le Paige. Z 4000 tysiącami eksponatów stanowi bezcenne świadectwo o ludach Atacamy. Szczególną wartość poznawczą mają liczne mumie, należące prawdopodobnie do ludu Chinchorro. Szacuje się ich wiek na 9800 lat. Mumie egipskie datuje się na 4000 lat później.
Pierwsze osady powstały tu 11 tysięcy lat temu. Atacamenos (ludy Atacamy) jako pierwsi prowadzili osiadły tryb życia. Ograniczona powierzchnia gleb zdatnych do upraw zmuszała ich do konstruowania tarasów na stokach sztucznie nawadnianych i nawożonych guano lamy. Hodowali alpaki i lamy, które wykorzystywano również do transportu towarów na wymianę handlową z osadami nad Pacyfikiem. Byli najbardziej rozwiniętą cywilizacją prekolumbijską tej części kontynentu.
Tak pewnie muzealni przewodnicy opowiadają przyjezdnym wycieczkom.
Ale my nie jesteśmy wycieczką, David patrzy się na nogi pani doktor i zupełnie nie skupia się gdy wyjaśnia:
- Nie słyszałam żeby ktoś przemierzał tę trasę. Z pewnością można znaleźć pozostałości drogi inkaskiej, ale to graniczy z cudem. Osobiście badałam trakty w kierunku Calamy. Zgadza się wiódł stąd trakt nad Ocean. Ale nie zostało z niego już nic.
Wieczorem oglądam z lokalesami mecz Copa Libertadores – ColoColo Santiago kontra meksykański Atlas. Futbol w Ameryce Łacińskiej to religia. Lepiej pamiętać o elementarnej zasadzie – dla Latynosów istnieją trzy drażliwe tematy – polityka, narkotyki i futbol.
ColoColo – Atlas: 1-1.
Czy Salar jest gładki?
O świcie bracia wywożą mnie do Laguny Cejar na północnych krańcach Salaru. Za radą miejscowych i po długim okresie wahania decyduję się przejść prosto przez salar. Zatrzymujemy się przed ostatnim drzewem.
- Oprzyj się o niego na szczęście – radzi Rodriguo.
Pomagają mi zarzucić plecak. 40 kilo po prostu wgniata mnie w ziemię. Zostaję ja i pustynia. W tym miejscu kończą się żarty.
Od samego rana jestem bardzo skoncentrowany. Czy wszystko wziąłem? Sprawdzałem wszystko sto razy. Umówmy się, nie mogłem pozwolić sobie na zapomnienie czegokolwiek. Podziwiam turkusową lagunę zasilaną wodami z gór, po której przechadzają się dumnie flamingi. Uruchamiam GPS i ruszam na południe w kierunku dymiącego wulkanu. Początkowa euforia pozwala mi zapomnieć o nieludzkiej wadze plecaka i otępiającym upale. Na krótko. Skwar po godzinie daje się we znaki, a plecak katuje ramiona. Pierwszy raz pojawia się pytanie: czy podołam? Siadam pod folią NRC rozłożoną na suchych krzakach. Po raz ostatni. Kończą się krzaki.
W transie wędruję pierwsze 10 godzin i z godziny na godzinę rośnie mój niepokój. Salar zaczął przypominać plac sterczących, ostrych jak nóż kryształów soli, po których nie sposób iść, nie mówiąc o siedzeniu czy rozbiciu namiotu. Cudem znajduję kawałek równego terenu - tylko dlatego, że znalazłem się w pobliżu słonej rzeczki Salar.
Wstaję przed świtem. Rzeczywistość weryfikuje wszystkie założenia, mówiąc wprost - wszystko bierze w łeb. Cztery litry wody które niosę w specjalnych bukłakach okazują się mrzonką. Salar, który miał być płaski i po którym miałem sunąć jak po lodowisku okazał się piekłem. Niepotrzebnie zasugerowałem się fotografią w książce J. Pałkiewicza “Pasja Życia”, podpisaną błędnie Gran Salar, na której ukazane są namioty rozbite na płaskiej jak stół połaci soli. W rzeczywistości fotografia musiała być wykonana na w istocie płaskim jak stół i oślepiającym bielą Salarze Uyuni w Boliwii. Gran Salar nie jest płaski. Jest połacią sterczących kryształów solnych. I wcale nie jest oślepiająco biały, a szarobrązowy.
Mój plecak to barbarzyństwo dla organizmu. Nie ma wyjścia. Dziś muszę dojść do kopalni. GPS wskazuje 27 km. Jest szansa, gdyż po kilku godzinach prawdziwej mordęgi na salarze trafiam na rozwalcowaną przecinkę prowadzącą do kopalni.
Czy może być coś bardziej załamującego niż ślepa przecinka na środku Wielkiego Salaru na Atacamie? Nie może. Wracam dwa kilometry do punktu wyjścia.
A jednak może być coś gorszego. Skończyła mi się woda. Na horyzoncie majaczy kopalnia. Majaczy i majaczy, a niechże już przestanie majaczyć i po prostu będzie!
Mijam wreszcie jakieś rury, budynki, podjeżdża wóz z mężczyznami w maskach na twarzy. Jestem kompletnie wycieńczony. Zabierają mnie do kopalnianej kliniki. Mierzą mi ciśnienie, badają, trajkotają. (Ale cyrk – myślę.)
- Którędy tu przyszedłeś?
- Przez Salar z San Pedro.
- Jesteś loco (szalony)! Wiesz że tam ludzie ginęli? Kiedyś badał go niemiecki geolog. Nie mógł znaleźć wyjścia z salaru i zmarł z pragnienia. Nie słyszałeś jak chrupało? Salar jest jak lodowa naledź z warstwami solnych skorup.
- Słyszałem doktorze, ale dopiero na salarze..
Błąd numer jeden.
Wieczorem przychodzi do mnie jakiś poważny jegomość. W mojej kopalnianej klitce cuchnie mną, więc szybko przechodzi do konkretów:
- Czy zrobił Pan jakieś fotografie kopalni, seńor? – pyta.
- No zrobiłem kilka – odpowiadam uczciwie.
- Seńor pokaże.. – przegląda fotki.
- Seńor musi to wykasować – spogląda surowo.
- No dobra, wykasuję.
Potem zadaje serię takich pytań, że nie mam żadnych wątpliwości – wzięli mnie za szpiega.
Cień
Za Salarem miało być z przysłowiowej górki, mimo że do od razu trzeba się zmierzyć z pasmem Domeyki. Gruntowna analiza map wskazywała, że po przekroczeniu głównej grani teren będzie się obniżał sprowadzając mnie na rozległą punę. W kopalni otrzymałem dobrą informację. Już za pasmem Domeyki znajduje się kolejna kopalnia, której nie ma na mojej starej mapie. Jest i zła wiadomość. Kopalnia San Cristobal gdzie za 120 km miałem uzupełnić wodę nie istnieje. Błąd numer dwa.
Świeże 20 kg wody w plecaku wgniata mnie w coraz to bardziej grząskie, strome i spieczone podłoże. Południe. Siadam na ziemi. Obiad – łyk wody, kilka garstek rodzynek. Nie mogę sobie pozwolić na więcej z konieczności minimalizacji wagi. Mój plecak waży znów 40 kg. Teren staje się upiornie grząski. Zamiast wznosić się konsekwentnie do góry wpadam w przeraźliwą gmatwaninę dolin, wąskich usypisk, grani i zapadlisk. Tracę siły i nadzieję na rychłe sforsowanie pasma. Spoglądam po raz ostatni na trupią grań i czuję, że muszę odłożyć to na jutro. Zdarza mi się to na Atacamie pierwszy, i jak się okaże, ostatni raz – koło 16 padam na ziemię i nie mogę wstać. GPS wskazuje 2900 m npm. Nie do wiary! Dociera do mnie, że załom skalny, pod którym leżę, po raz pierwszy od San Pedro dał mi cień. Rozbijam obóz, przygotowuję posiłek i suplementy. Wpatruję się w zastygającą w dole połać perłowego Salaru i fortece lśniących wulkanów. Patrzę w gwiazdy, których więcej jest niż czarnego kosmosu. Byłem wielokrotnie dalej od cywilizacji. Nigdy nie czułem się tak samotnie i dziwnie. Bardzo dziwnie.
W pustyni
Rano jestem niezwykle zmobilizowany. Chce to mieć za sobą.
Tuż za namiotem widzę.. ślady. Co to za zwierzę? Perro (gatunek psowatych, widywany w tym rejonie)? Niemożliwe! Duże ślady układają się w pary co dwa metry. Do dziś nie udało mi się zidentyfikować tajemniczych zwierząt, mimo konsultacji ze znawcami fauny Atacamy.
Ruszam żwawo o świcie, w ogóle się nie zatrzymując. Chcę wykorzystać chłodny poranek. Wchodzę, niemalże wbiegam na przełęcz.. i widzę niekończącą się po horyzont gmatwaninę żwirowych kotlin i grzbietów, bez śladu wody, bez śladu niczego.. Staję w kompletnym milczeniu. Nie jestem nawet załamany. Po prostu stoję jak wryty.
Do kopalni dziś nie dojdę. Czy uda się jutro? Teraz jestem w środku pasma Domeyki z niemal 40 kg plecakiem, z którego już absolutnie nic nie mogę wyrzucić. Podobno fundamentem sztuki survivalu jest akceptacja krytycznej sytuacji. Akceptowałem już brak żywności, zagubienie się w dżungli, awarie sprzętu na krańcach świata. Utraty wody w środku Pasma Domeyki nie jestem w stanie zaakceptować. Robi się nerwowo.
Wchodzę w dolinkę, tylko po to, by wejść w następną. Piach po kostki. Nagle się zatrzymuję, krew zaczyna krążyć jeszcze szybciej. A więc tu byli. Na wyniosłej, kopulastej górze leży perfekcyjnie zachowany kamienny krąg, w którym Inkowie przed setkami lat spędzali noc. Spali w tym miejscu, grzali się przy ogniu, patrzeli w gwiazdy. A więc też forsowali Domeykę! Może nie jestem na złej drodze? Do dziś żałuję, że nie mogłem tam spędzić nocy.
Wreszcie – męska decyzja. Wycofuję się całkowicie w kierunku rozległego siodła. Mijam głębokie jary, w których co chwilę natykam się na kości jakiś zwierząt. Bingo! Z siodła dostrzegam dym. To musi być kopalnia. Kamień spada mi z serca. W kopalni, nie zaznaczonej na mapie, tej której poinformowali mnie pracownicy kopalni El Litio, uzupełniam wodę i ruszam dalej.
Kolejne dni mijają podobnie. Działam jak automat. Wstaję przed świtem. Wszystko jest zamarznięte (amplitudy dobowe – około 30 stopni). Zakładam rękawiczki. Przyrządzam śniadanie, zwijam namiot, zakładam plecak, który znów katuje moje ramiona, zerkam na GPS, wyruszam. Koło 11 jem żele energetyczne. Maszeruję do 18. Kiedy nie wieje jestem szczęśliwy jak dziecko. Zwykle wieje codziennie. Zaczyna wiać, gdy pora myśleć o rozbiciu obozu. Gdy go rozbijam wieje już wściekle. Rozkładam namiot, błyskawicznie wrzucam do niego obciążnik - plecak i z wielkim trudem stawiam pałąki. Po zachodzie słońca wiatr ucicha. Lubię wieczory, bo nie mam na plecach plecaka.
Rozpalam swoją kuchenkę i gapię się w noc i pustkę. Ja i ona, intymna sprawa.
Tylko w takiej samotności człowiek jest w stanie nabrać do siebie dystansu. Przestrzeń wokół jest tak niezmącona, że łatwiej zajrzeć wgłąb siebie. I można znależć sporo paskudztw. Tu nie ma miejsca na pstrokaty, miejski półpancerzyk. Surowa przestrzeń momentalnie demaskuje prawdziwe ja, wymaga natychmiastowych odruchów. W sytuacjach ekstremalnych rozpadały się niejedne przyjaźnie, związki. Po flircie z wielką pustką człowiek się zmienia.
Codziennie czytam, żeby nie zwariować. Czytam “Podróże z Herodotem” Kapuścińskiego i po cowieczornej lekturze odcinam nożem przeczytane kartki, bywa że jedynie siedem, osiem stron. Zawsze lżej.
Kopalnia
Wieczór.
- Cześć, jest sprawa..
- Skąd ty dzwonisz? – pyta mój przyjaciel.
- Z Atacamy dzwonię! Z telefonu satelitarnego! Słuchaj i notuj, bo bateria mi siada. Kopalnia Lomas Bayas, słyszysz?
- No..
- Zanotowałeś?
- Tak.
- Znajdź mi współrzędne na necie i prześlij na ten numer smsem. Mam do niej koło 30 km, konczy mi się woda, musze tam jutro dojsc. Daj namiary.
Dobę później. Kopalnia miedzi o zmierzchu dymi jak monstrualny kocioł. W oddali ciężarówki - małe jak zabawki. Gdy wpadam na dyżurkę wywołuję w pracownikach prawdziwy popłoch. Wyglądam tragicznie – zakurzony, poraniony, śmierdzący, zmęczony. Po kilkunastu minutach na wygodnej sofie pod opieką miłych Chilijczyków, zjawia się przede mną młody, energiczny kierownik.
- W czym możemy panu pomóc? - zapytał jakbym miał zaraz zamówić krewetki w sosie. We wszystkim, szefie, we wszystkim - myślę. Daje mi się umyć, ubrać, zjeść wielki obiad z deserem na kopalnianej stołówce. Śpię w namiocie koło dyżurki. Znów dociera do mnie cały surrealizm sytuacji. Śpię w kopalni miedzi na środku Atacamy gdzieś na końcu świata.
Nie mam złudzeń. Przejście kolejnego pasma z tym plecakiem jest niemożliwe. Góry są piekielnie strome, wyniosłe i suche jak pieprz. Gdy zastanawiam się, którędy je obejść zjawia się przede mną kierownik:
- Pomiędzy górami wiedzie kopalniana droga do drugiego złoża. Wyrzucimy Cię po drugiej stronie grzbietu.
- Obawiam się, że musisz ją nieco zmodyfikować i odbić bardziej na południe od kopalni… - wyjaśnia gapiąc się w szkic mojej trasy na mapie.
- Dlaczego? – spoglądam ze zdzwieniem.
- Twoja trasa biegnie prosto przez poligon wojskowy..
A propos. Na pożegnanie opowiada o Wojnie o Pacyfik (1879-1884 r.) pomiędzy Chile a Boliwią, w skutek której Boliwia utraciła dostęp do morza, co do dziś pozostaje powodem wzajemnych chłodnych relacji.
- Wyobraź sobie, że oni wtedy biegali po tej pustyni w jedną i w drugą w sandałach albo boso – opowiada.
- Skąd mieli wodę? – musiałem zadać to pytanie
- To nieprawda, że tu nie ma w ogóle wody. Jest, ale głęboko.
xxx
I znów - ja i ona. Mijam Panamericanę, autostradę biegnącą przez całą Amerykę, za którą zaczyna się szereg budynków ciągnących się do wybrzeża. Pojawiają się ludzie, samochody, działki.
Mam dość. Jestem zmęczony, nie chce mi się. Ostatni nocleg spędzam w paśmie Nadbrzeżnym. Po tym jak nakręciłem kilka filmów, skończyły mi się baterie w aparacie. Wieje tak mocno, że podmuchy zatrzymują mnie raz po raz w miejscu. Rzucam siarczyste przekleństwa, które giną w huku wiatru (ogólnie starałem się sam ze sobą nie rozmawiać). W końcu - jest. Po 11 dniach (z 14 planowanych) przede mną otchłań Wielkiej Wody. Gdy dotarłem do hotelu, nie miałem siły wstać z łóżka. Jeszcze na drugi dzień wyjście na obiad do Latin Corner będzie mnie kosztowało sporo bólu i wysiłku.
Nie jestem w stanie nawet zejść na dół do sklepu. Gospodyni przynosi mi butelkę mineralnej. A w Latin Corner mają takie dobre wino i steki.
Andrzej Muszyński